02 sty 2014

Był sobie mały Tadek-niejadek, bardzo mozolnie zjadał obiadek

Mój maluch od początku kręci noskiem na pokarmy stałe – kaszki, zupki, deserki – to nie jego bajka. Ja oczywiście, jak to pewnie większość mam, jestem z lekka sfrustrowana tym, że zamiast podręcznikowych porcji dla swojego wieku, Leo ustala własne, indywidualne, diametralnie różniące się od zalecanych wielkości. To samo tyczy się ilości posiłków. Powinno być pięć, a jest… oj, różnie, różnie to wychodzi. Widać, że rośnie chłopak z charakterkiem i własnym zdaniem :).

Wiem, że za jego posiłkowymi humorami stoi teraz między innymi ząbkowanie. Dziąsełko boli i Leoś jeść nie chce. Jednak trochę się we mnie gotuje, kiedy zrobię mu na przykład pyszną kaszkę z bananem, a on zje kilka łyżek (albo żadnej), po czym stwierdza, że już starczy. Przeżyć nie mogę – taka pyszna, a on nie chce! Czasem sama siebie wciągam  w tę odwieczną walkę o dominację – albo on zje i ja wygram, albo nie zje i on wygra. Wiem, wiem, że nie można zmuszać dziecka do jedzenia, bo nic dobrego z tego nie będzie. Moja mama powtarza mi: – Nie martw się! A ty jak plułaś jedzeniem! Chwilami zastanawialiśmy się, czym ty żyjesz, bo wyglądało tak, jakby tylko powietrzem. 

Ostatnio staramy się odwrócić jego uwagę od samego procesu karmienia. Metoda jest niewątpliwie skuteczna, chociaż wątpliwie wychowawcza… Jeśli jesteśmy w domu i mamy do dyspozycji krzesełko do karmienia, to do karmienia potrzebne są dwie osoby. Jedna karmi, a druga – śpiewa, tańczy, podskakuje, pokazuje zabawki, jak leci samolot, czyta książeczki, puszcza bajki w tv. Kiedy Leon skupia się na jakiejś zabawce lub na tym co robi tata, to je elegancko. Otwiera buzię szeroko, i nie wiadomo kiedy cała miseczka kaszki czy zupki zjedzona. Wystarczy jednak tylko na chwilę przestać go zabawiać, to momentalnie zaczyna protestować przeciwko karmieniu – zaciska usta i macha głową na boki, tak abym przypadkiem nie wcisnęła mu do ust łyżeczki. Spryciarz. Z zazdrością słuchałam opowieści koleżanki o dziecku jej siostry, które awanturuje się, jeśli nie dostanie kolejnej łyżeczki z jedzeniem na czas.

Staram się zachęcić Leosia do samodzielnego jedzenia. Chcę, aby kojarzył jedzenie z czymś pozytywnym, a nie tylko z mamą goniącą za nim z łyżeczką. Często sadzam go w jego krzesełku do karmienia i kładę na tacy jakieś rarytasy – jabłuszko, gruszka, marchewka, ziemniaczek, kawałek gotowanego mięska, biszkopcik czy kromkę chlebka. Wszak bobas lubi wybór. Lubię obserwować, jak pracowicie wgryza się w jedzonko swoimi dwoma ząbkami.

Na szczęście Leoś nie traci na wadze, z całą pewnością nie jest osłabiony, powiedziałabym, że  kipi energią. Raczej nie pozostaje mi nic innego, jak pogodzić się z dietą, którą sam sobie ustawił…

Inne w tej kategorii:

Komentarze (0)

Pozostaw pole puste, aby dodać komentarz jako anonim.

Opcjonalnie

Wpisz wynik równania, aby dodać komentarz