01 cze 2013

Gdyby nie przyjaciółki, mój mąż by ze mną zwariował...

Nieocenione jest wsparcie przyjaciółek. Zwłaszcza innych mam, które jak nikt na świecie potrafią zrozumieć zatopioną w smutkach baby bluesa nowicjuszkę i nawet nie wyłączają telefonu, choć przychodzi im odbierać go nawet o 3 w nocy. 

Ja, na początku matkowania mojemu synowi, totalnie straciłam poczucie czasu i rzeczywistości. Wiadomo, żyje się od karmienia do karmienia, od przewijania do przewijania.

Do jednej z moich przyjaciółek, Kasi, szły dziesiątki sms-ów w ciągu nocy o treści w stylu: „A czy Ciebie też tak bolały brodawki?”, „A co ja mam zrobić jak on zasypia przy jedzeniu?”, „Kasiu, ja już nie wytrzymam, chce mi się spać, a on je już pół godziny, czy Twój Oluś też tak długo jadł?”, „Ratunku, pępek mu chyba odpada!” itp. Sama z dzieckiem przy piersi, na każdy odpisywała niezwłocznie, tłumacząc, że przecież i tak nie śpi bo „właśnie karmi”.

Asia wysłuchiwała przez telefon moich, w kilkadziesiąt minut idących, wywodów na temat wyrzutów sumienia i żalu nad koniecznością przejścia na mleko modyfikowane, a i tak, nie zrażając się, zatroskana dzwoniła regularnie, by spytać jak sobie radzę i by podnieść mnie na duchu. Wyczuwała niesamowicie moje emocje i wiedziała dokładnie kiedy uderzyć, by mnie za uszy wyciągnąć z dołka.

Renata to kobieta instytucja. Matka, położna i moja kuzynka zarazem. Nie odpuściła ani jednego mojego problemu. Na wszystko musiało się znaleźć rozwiązanie.

Druga Kasia, z którą rzadko rozmawiam, bo jest mega zajętą żoną, mamą, koniarą, psiarą, artystką w jednym, potrafiła bez namysłu porzucić obowiązki, by wesprzeć mnie w trudnych chwilach. Jej półgodzinna obecność, była dla mnie jak mega sesja u psychoterapeuty.

Iza z bloku obok, w pięć minut po moim telefonie, z własnym dzieckiem pod pachą (i dwójką już prawie dorosłych w domu), była gotowa stanąć w moich drzwiach, by ocenić, że nie głodzę swego kilkutygodniowego dziecka (wydawało mi się chude i niedożywione), i uspokoić, że jego wzdęty brzuszek jest raczej efektem przeżarcia, a nie niedożywienia.

Julitta o 2 w nocy chciała mi przywieźć na sygnale, z dzielnicy po drugiej stronie miasta, piwo słodowe na pobudzenie laktacji, po tym jak zadzwoniłam wyjąc histerycznie do słuchawki, że właśnie tracę pokarm i dziecko mi z głodu nie wytrwa do rana. Apokalipsa jednym słowem.

I w ogóle prawda jest taka, że gdyby nie przyjaciółki, mój mąż by ze mną zwariował.

Inne w tej kategorii:

Komentarze (0)

Pozostaw pole puste, aby dodać komentarz jako anonim.

Opcjonalnie

Wpisz wynik równania, aby dodać komentarz