08 kwi 2013

Kupuję test... Dwie kreski!

Zrobiłam sobie ostatnio małą psychoanalizę. Taką pod kocem, bez hipnozy, nie licząc kilku lampek wina ;) Jak szumi w głowie, to się człowiekowi na szczerość zbiera. Dobrze, ze nikt mnie nie widzi w takich sytuacjach, bo by mi dziecko opieka społeczna zabrała. Na szczęście, ma jeszcze biedaczyna ojca. Żarty żartami...

Tak więc wychodzi na to, że powinnam być chłopcem, coś się chyba z chromosomami pokiełbasiło przy poczęciu mnie. Odkąd pamiętam, nie lalki i wózki zajmowały mnie w dzieciństwie, a samochody, komórka z narzędziami mojego Taty i chodzenie po drzewach. Lalek miałam kilka, wózek prześliczny wiklinowy z granatową budką – a i owszem, ale chyba to wszystko było lekko „wmówione” mi przez moją Mamę. Byłam chłopczycą po prostu i dopiero bliżej okresu dojrzewania zafascynowały mnie Barbie, Ken i tworzenie na bazie tych dwóch postaci popkultury rodziny z dziećmi.

Chcę przez to powiedzieć, że, w przeciwieństwie do moich rówieśniczek, w dzieciństwie nie marzyłam o tym, że jak dorosnę, to będę żoną z gromadką dzieci. Mało tego, jako nastolatka, później dwudziesto i dwudziestokilkulatka, mimo ekstremalnego zainteresowania płcią przeciwną, nie piszczałam na widok wózeczków i ubranek dziecięcych w sklepach. Wszystkich to dziwiło, bo jednocześnie zawsze miałam świetny kontakt z dziećmi i dzieci mnie uwielbiały, z wzajemnością. Kiedy okazało się w końcu, że z powodu zaburzeń hormonalnych trudnych w leczeniu mogę nie móc zajść w ciąże tak ot, pogodziłam się z tym łatwo.

Szybko dorobiłam sobie do tego ideologię rodzinnego domu dziecka, adopcji małych Cyganiątek i Murzyniątek i oczywiście pogodzonego z moim szlachetnym powołaniem partnera życiowego. Plotło się jak się plotło, wieczna studentka, podróże, zabawa, pełen emocji związek i piękne z tego małżeństwo, ale coś zaczęło zgrzytać…  Studia wreszcie skończyłam, znalazłam kolejną pracę od do, w hałasie i zgiełku miasta i życia zajadałam kanapki z benzoesanem sodu zakupione w 1 Minute, jednak jakiś wewnętrzny głos krzyczał do mnie jedno słowo: pustka.

Wywoływało to lęk, frustrację i podejrzenie, że może chodzić o macierzyństwo, ale nawet jak czytałam w babskich poradnikach artykuły o 35-latkach przechodzących klimakterium, twardo nie dawałam się indoktrynować. Nie zapominajmy jednak, że nie jestem sama. Przy mnie jest On. Mężczyzna mojego życia, przyjaciel, towarzysz wsłuchujący się w moje rozterki. Aniu, powinniśmy mieć potomstwo. Chyba żartujesz! Ja tego nie przeżyję!

Ciąża – męka, rozstępy i żylaki, poród – koszmar, noworodek – zero życia, utrata figury, totalne ograniczenie intelektualne i bankructwo, bo pieluchy, to pieniądze, wiadomo, nie przejedzone… E tam! Jak już się wszystko w naszym życiu ustabilizuje, wówczas pomyślimy o adopcji. Jest tyle potrzebujących Szkrabów. 

Prawda jest taka, że w mojej postawie przebrzmiewał lęk, że może się nie udać, że po prostu nie będę mogła mieć dzieci. W mechanizmie zaprzeczenia i obrony przestałam więc się tym przejmować. Mijały miesiące. Mąż nie narzucał się. Zero lekarzy, obserwacji cyklu, mierzenia temperatury, brania leków. Zero! Za to dużo wina i papierosów. I kwas foliowy. Przewrotność? Nie, miał leczyć moje skołatane nerwy, przecież tak świetnie wpływa na samopoczucie. I pewnego dnia, jak już nie miałam siły na nic, nienawidziłam swojej pracy jak nigdy w życiu, ludzie na ulicy wydawali mi się potworami, a jutro bezsensem, pomyślałam: Boże, zrób coś, bo oszaleję!

Nazajutrz zaparzyłam sobie kawę, ale nie smakowała mi, bolało mnie gardło i głowa, wkurzały mnie zapachy dochodzące z klatki schodowej. Pomyślałam – grypa! Świetnie, zrobię sobie tydzień wolnego. Szybko do lekarza pierwszego kontaktu. Po drodze zwymiotowałam. Chciałam zapalić papierosa, ale … może zrobię test ciążowy? Przecież trzeba być odpowiedzialną! Taka zabawa. Zrobię sobie, kobiety sobie robią… ale zaraz, przecież okres mi się nawet nie spóźnia. Zresztą, skąd mam to wiedzieć, skoro ostatnio w ogóle tego nie odnotowuję. Eh, zajrzę do kalendarza. Co??! Powinnam dostać  5 dni temu? Dziwne… Wchodzę do apteki, kupuję ten test, idę do toalety w przychodni. Dwie kreski.

 

Inne w tej kategorii:

Komentarze (0)

Pozostaw pole puste, aby dodać komentarz jako anonim.

Opcjonalnie

Wpisz wynik równania, aby dodać komentarz