16 gru 2014

Kurczę! Kurczę blade…

mama i synek

Kurczę! Kurczę! I wcale nie o żadne kurczę blade, ani o pieczone mi tu chodzi…

Takimi oto „bluźnierczymi” słowami okraszał ostatnio swoje wieczorne szaleństwa nasz Synuś. A wszystko zaczęło się od Tatusia (vel Ciaśtuś = padam ze śmiechu, ale Leo tak mówi na swojego Tatę) i Wujka (vel Ejka, czemu nie Ujka?). Tak, właśnie Ci, którzy powinni być przykładem wszelkich cnót, zostali inicjatorami tej dziwnej zabawy.

Panowie wariowali sobie we trzech wieczorem, coś tam im się nie udało, Tatuś Leosia krzyknął „O! kurczę!”. Dalej wszystko potoczyło się niczym szybka reakcja łańcuchowa w reaktorze jądrowym. Nasz mały papużek usłyszał, powtórzył, a że reszta potwierdziła swe rozbawienie tą sytuacją poprzez głośną salwę śmiechu, to wziął swoje wystąpienie za dobry omen. Dzieci łapią w mig, co trzeba zrobić, aby rozbawić resztę towarzystwa.

Leo od razu załapał, że to magiczne słówko zapewni mu status kierownika imprezy (a coś mi się wydaje, że odziedziczył po Tatusiu wodzirejstwo). Biegał więc tak w kółko i wołał: „kurczę, kurczę”, Panowie mieli ubaw po pachy. Nawet przez chwilę  było mi przykro przerywać im tę świetną zabawę, ale jak już kiedyś ustaliliśmy, w każdym teamie rodzicielskim musi być i ten dobry i ten zły glina. A słuszność wszelkich inicjatyw, polegających na zachęcaniu dzieci do naśladowania dorosłych w sytuacjach czy wypowiedziach wcale nie chwalebnych, jest dla mnie niemal pod każdym względem wątpliwa…

 

Inne w tej kategorii:

Komentarze (0)

Pozostaw pole puste, aby dodać komentarz jako anonim.

Opcjonalnie

Wpisz wynik równania, aby dodać komentarz