26 lis 2013

Nasza trójka w galerii handlowej

W niedzielę byliśmy we trójkę w galerii handlowej. Mojemu Lubemu trochę się nie chciało. To był nasz pierwszy wolny weekend w domu od kilku tygodni. Powiedziałam jednak tonem nieznoszącym sprzeciwu, że muszę wreszcie coś sobie kupić i basta. Jestem mamą, ale też kobietą, która uwielbia ładnie wyglądać, trochę się postroić ;-). Plan był taki, że P. stacjonuje w jakiejś kawiarni z Leonem, a ja w tym czasie szybko kupuję płaszcz, buty i… prędko stamtąd uciekamy. Wyszło jednak jak zawsze…

Trudności zaczęły się już przy wyjeździe z domu. Trasa do galerii nie była długa. Kiedy wyjeżdżaliśmy, synek był bardzo grzeczny - bawił się w foteliku samochodowym swoją maskotką. Miałam nadzieję, że wytrzyma w tak dobrym nastroju do celu naszej podróży. Niestety – korek… Podróż zamiast 20 minut trwała niemal godzinę. Zdążyłam zaśpiewać Leosiowi wszystkie piosenki, jakie znam, i opowiedzieć kilkanaście razy jego ulubiony wierszyk o kotku. Z dużym opóźnieniem, ale dotarliśmy na miejsce.

Wizytę w centrum handlowym rozpoczęliśmy od pobytu w pokoju matki z dzieckiem. Byłam bardzo mile zaskoczona. Naprawdę świetnie zorganizowane i przytulne miejsce. Szkoda, że nie w każdej galerii jest takie. W pokoiku były wszystkie udogodnienia, których może potrzebować mama z maleństwem – wygodny fotel do karmienia, podgrzewacz do butelek, mikrofalówka, przewijak z jednorazowymi podkładami, czajnik elektryczny. W pomieszczeniu panowała przyjemna, wyższa temperatura, a z głośników sączyła się cichutko spokojna muzyka. Ach! Bajka! Tym, co zaciekawiło Leosia, był wystrój pomieszczenia. Cały czas kręcił naokoło głową, bo nie mógł się napatrzeć na wielkie, kolorowe naklejki zwierzaków na ścianach i różnobarwne światełka. Synek został przewinięty i nakarmiony. Ja wyruszyłam na polowanie po sklepach, a chłopcy poszli do kawiarni. Po jakimś czasie jednak dołączyli do mnie.

Do tej pory podczas zakupowych szaleństw zwracałam tylko uwagę na to, co było na wieszakach w sklepie :-). No właśnie, do tej pory… Teraz zobaczyłam ostre, nieprzyjemne światło, usłyszałam głośną, drażniącą muzykę w butikach i poczułam bardzo mocny zapach perfum. Podczas zakupowych szaleństw nigdy specjalnie mi to nie przeszkadzało. No tak, ale teraz jestem mamą. Dobrze, że był ze mną P. W innym wypadku nic bym nie obejrzała ani nie kupiła. Nie miałabym serca wjeżdżać wózkiem do sklepików. Tatuś musiał czekać z maluchem w pasażu, gdzie panowała nieco przyjemniejsza atmosfera.

Zakupy były przynajmniej owocne. Kupiłam świetne skórzane botki i czarny dwurzędowy płaszcz. Mmm… Już nie mogę się doczekać, kiedy się w nie wystroję ;-) Koniec końców zeszło nam się kilka godzin. Po powrocie do domu z wyrzutami sumienia pognałam jeszcze z Juniorem do parku. Chociaż godzinę na świeżym powietrzu z moim maleństwem. Tata w podziękowaniu za cierpliwość i wytrzymałość dostał w prezencie trochę samotności w domu.

Zapomniałabym się pochwalić. Kupiliśmy też coś Leosiowi – czapkę. I to nie byle jaką, bo czapkę misia koala. Leon wygląda w niej tak słodko… Ma misiowe uszka, oczka i nosek. Mniam! Mniam!

M.

Inne w tej kategorii:

Komentarze (0)

Pozostaw pole puste, aby dodać komentarz jako anonim.

Opcjonalnie

Wpisz wynik równania, aby dodać komentarz