05 kwi 2014

Nie to nie - granice wolności

m

Jeszcze chwila, a nasz Leo przekroczy pierwszą ważną cezurę swojego życia - skończy 12 miesięcy i przestanie być niemowlakiem. Dla mnie już teraz ma niewiele wspólnego z małym bobaskiem, którym był przez kilka pierwszych miesięcy. Jest małym chłopcem, który z zapałem jeździ samochodzikami po dywanie. Leoś chłonie jak gąbka nowe umiejętności. Niemal każdego dnia widzimy, jak z zapałem naśladuje nas przy różnych czynnościach. W końcu najfajniej jest robić wszystko to, co mama i tata. Ostatnio obserwuję, jak bada granice swojej wolności - co mu wolno, a czego nie, kiedy rodzice się cieszą, biją mu brawo, a kiedy mówią „nie”.

Wczoraj rano, gdy robiłam mu kaszkę, przyszedł za mną do kuchni. Kucnął przy koszu na śmieci (mamy taki z uchylną pokrywką) i wrzucił do niego swój samochodzik (no cóż, obiektywnie patrząc, to kosz z klapką jest bardzo ciekawym przedmiotem). Na co ja podeszłam do niego, pogroziłam palcem, pokręciłam poważnie głową, dodając: „nie, nie, nie wolno” i wyjęłam samochodzik z kosza. Moja reakcja ogromne go zaintrygowała i ucieszyła (no bo… dlaczego właściwie „nie”?). Zdecydował więc, że miło podroczyć się z mamą. Sprawdzał – przybliżał samochodzik do kosza, ja kręciłam głową, więc on go zabierał i również kręcił głową. Powtórzyliśmy ten schemat dobrych kilka razy. Na koniec wrzucił samochodzik do kosza i zaczął się do mnie śmiać. Tyle naszej nauki.

Innym razem byliśmy na spacerze. Leon nie chciał siedzieć w wózku. Pogoda była piękna, więc wyjęłam go ze spacerówki i oprowadzałam za rączki. Po chwili zaciekawiły go uschnięte listki pod nogami. Kucnęliśmy i pozwoliłam mu się nimi trochę pobawić. Trwało to dość długo, aż nóżki się zmęczyły i Leoś chciał usiąść. Ziemia przecież jeszcze zimna, więc podniosłam go i uznałam, że wracamy do domu. Tylko że nasz kawaler ani myślał siedzieć w wózku. Przy każdej próbie usadzenia go w spacerówce prężył się i krzyczał. Cóż za charakterek! Trwało to dość długo. Halo! Halo! Mama nie ma tyle siły, aby jedną ręką nieść 10 kg, a drugą tyle samo pchać! Stojąc tak z rozzłoszczonym maluchem na rękach, obiecałam sobie, że koniecznie muszę jak najszybciej wyedukować się, co robić w takich sytuacjach...

Zabrakło mi wiedzy i doświadczenia. Wyjścia widziałam dwa – mogłam, na przekór jego protestom, wsadzić go takiego płaczącego do wózka i ruszyć w drogę powrotną do domu albo stać z nim tak długo, aż się uspokoi. Pierwsza opcja wydała mi się jednak dość drastyczna. Sama nie chciałabym, aby ktoś bliski tak mnie zignorował. Wybrałam to drugie. Leoś jeszcze chwilę protestował, a potem zainteresował się gałązką, którą mu pokazałam. Zapomniał o płaczu. Pierwsze koty za płoty.

Inne w tej kategorii:

Komentarze (0)

Pozostaw pole puste, aby dodać komentarz jako anonim.

Opcjonalnie

Wpisz wynik równania, aby dodać komentarz