09 paź 2013

Od pięciu miesięcy jestem MAMĄ...

Od pięciu miesięcy jestem MAMĄ. To tylko jedno słowo, a znaczy tak wiele. Dla mojego dziecka jestem całym światem. Jestem ciepłem, uśmiechem, słodkimi całusami, miękką przytulanką, słodkim mleczkiem, kołyszącymi ramionami, głosem śpiewającym o dwóch kotkach i opowiadającym o tym, co się stało w pokoiku na stoliku. Jestem Mamą, która całuje stópki, głaszcze rączki, łaskocze brzuszek, którą można pociągnąć za grzywkę, szczypnąć w policzek. Stałam się oceanem spokoju, niekończącą cierpliwością, wulkanem energii, drapieżną lwicą, a przede wszystkim niewyczerpanym źródłem siły i miłości.

Drogie Mamy, chciałabym opowiedzieć Wam historię o szczęściu jakie przyniosło mi macierzyństwo. O mych radościach, smutkach, rozterkach, pomysłach na codzienność i przede wszystkim o moim maluszku. A na początku o tym, jak rozpoczął się ten cudowny etap mojego życia.

Zawsze wiedziałam, że chcę kiedyś zostać mamą. Ta chwila wydawała mi się do pewnego momentu dość odległa, niewyraźna. Było nam dobrze we dwoje. Często wyjeżdżaliśmy, spotykaliśmy się ze znajomymi, bawiliśmy się. Byliśmy władcami naszego czasu. Niespodziewanie nadejście „tej odpowiedniej chwili” sprecyzowało się czasowo podczas zeszłorocznych wakacji. Bardziej niż tatrzańskie krajobrazy czy widoki morskich fal zachwycały nas obojga widoki rodziców z dziećmi. Co chwilę wymienialiśmy westchnienia: - Widziałeś/-łaś jaki słodziak! – Zobacz jak się uśmiecha! Mój mężuś zaglądał do każdego wózka, który mijaliśmy. Śmiałam się, że jeszcze chwila a jakiś opiekuńczy tatuś skwasi mu za to nosa. Właściwie byliśmy parą już kilka ładnych lat, pobraliśmy się, lecz mimo tego ciągle brakowało nam jakiegoś bodźca, który popchnie nas na drogę rodzicielstwa. Duży w tym udział – zresztą nieświadomy – mieli nasi znajomi, którzy ogłosili nam wtedy, że spodziewają się dziecka. Oboje poczuliśmy wówczas ogromną zazdrość. Zobaczyłam w oczach mojego mężusia takie rozżalone – Dlaczego to nie my?Nie pozostało nam nic innego. Postanowiliśmy wziąć się do pracy :-).

Pierwszy test ciążowy – uczucie rozczarowania, że tym razem się nie udało, pomieszane z ulgą, że jeszcze chwila beztroski we dwoje. I ostatni test – łzy szczęścia i strachu, gdy okazało się, że nasze życie zmieni się niebawem o 180 stopni.

W ciąży czułam się bardzo dobrze. Nie miałam żadnych dolegliwości, wszystko przebiegało prawidłowo. Pierwsza połowa upłynęła dość leniwie. Właściwie to spałam i spałam. Bywały dni, gdy wracałam z pracy i od razu się kładłam. Wstawałam tylko po to, aby wziąć prysznic i przebrać się w piżamę. Mojego męża nie ominęło natomiast spełnianie moich kulinarnych zachcianek. Wyprawy do sklepu w poszukiwaniu buraczków, których zapragnęłam tu i teraz i jak najszybciej, kiszonej kapusty czy lodów. Wyćwiczył się w nich do tego stopnia, że gdy tylko wracałam do domu, to pytał od razu co mam ochotę zjeść. A ja wymyślałam – ogórki kiszone, kabanosy, śledziki, kotleciki, suróweczki. To był śmieszny okres. W miarę postępu ciąży stawałam się coraz większym krótkodystansowcem. Zmniejszała się odległość, którą mogłam pokonać bez wizyty w toalecie. Nazywałam to moim coraz krótszym zasięgiem. Miesiące mijały, brzuch się powiększał. I długo wyczekiwany dzień zbliżał się ogromnymi krokami. Niestety nie obyło się bez problemów na samym finiszu. Ale o tym za chwilę.

M. 

Inne w tej kategorii:

Komentarze (0)

Pozostaw pole puste, aby dodać komentarz jako anonim.

Opcjonalnie

Wpisz wynik równania, aby dodać komentarz