21 maj 2013

Opowieść mrożąca krew w żyłach...

Drogi Pamiętniku! Opowiem Ci historię mrożącą krew w żyłach. Pod koniec lutego, w pewną środę, byłam sama z moim półrocznym dzieckiem w domu, jak zwykle. Po przedpołudniowej drzemce o 10:50 postanowiłam zrobić sobie szybko kanapkę, po prostu kromeczkę z masłem, zanim zacznę karmić synka. Krojąc chleb, bardzo głęboko i dość dotkliwie skaleczyłam się w kciuk. Nie jestem panikarą ani krwi się nie boję, najwyżej trzeba by było przyszyć. Nie wiem dlaczego, ale chwyciłam za telefon i idąc do łazienki, trzymając broczący krwią palec w ustach zadzwoniłam do mojego męża, by powiedzieć mu o tym.

Synek leżał na macie edukacyjnej, na podłodze w jadalni. Następnie wyjęłam z apteczki plaster, odkręciłam wodę, by opłukać ranę i... zemdlałam. Mdlejąc uderzyłam głową w nie wiadomo co, w dwóch miejscach (nad brwią i w tył głowy), łokciem i kością krzyżową (na szczęście bez rozcięć). Ocknęłam się po chwili, "ocykanie" było bardzo niemiłe, miałam drgawki i jak sobie uświadomiłam, że to nie sen, że chyba mnie coś boli i jestem krwią uwalana (od palca), to wstałam prędko (jak można było w takim stanie) i poszłam zobaczyć, czy z Michałkiem jest wszystko ok.

Oszacowałam (dzięki temu krótkiemu telefonowi do męża), że nieprzytomna nie mogłam być dłużej niż minutę, półtorej. Było mi bardzo niedobrze, kręciło mi się w głowie, bolała mnie, za przeproszeniem, pupa oraz głowa, zadzwoniłam więc po moją siostrzenicę, by natychmiast, gdziekolwiek jest, zamówiła taksówkę i przyjechała do mnie, bo nie jestem w stanie dziecka wziąć na ręce, a głodne jest.

Po jakimś czasie poczułam się "lepiej", dzień mijał szybko, zamówiliśmy obiad, przyszedł mąż z pracy, potem ksiądz po kolędzie... jak zbliżała się 19:00 poczułam, że kręci mi się znów w głowie, że mdli mnie coraz bardziej... mąż na to: hej, a może Ty powinnaś pójść do lekarza? Zadzwoniłam jeszcze do znajomej lekarki, poradzić się, co zrobić w tej sytuacji. I tak wylądowałam najpierw w swojej przychodni rejonowej, tuż przed jej zamknięciem, potem karetką pojechałam do Szpitalnego Oddziału Ratunkowego jednego z miejskich szpitali, gdzie stwierdzono potwierdzając diagnozę lekarza pierwszego kontaktu, że mam wstrząśnienie mózgu.

Siedziałam na tej izbie przyjęć do drugiej w nocy. Wybłagałam od lekarzy, by puścili mnie wolno (chcieli na 3 dni zostawić na obserwację) i pod warunkiem totalnej ostrożności i zapewnienia, że przez 7 dni ZAWSZE ktoś będzie przy mnie, pozwolili pojechać do domu. Poszłam spać i tak sobie żyję ze wstrząśniętym, jak to słynne Martini, a nie zmieszanym, mózgiem. Przede mną nadal TK głowy.

Jaki morał z tej historii? Po pierwsze, nie zamykać drzwi do mieszkania na zamek, którego nie da się otworzyć z zewnątrz (mąż był dzwonił również po pomoc, ale gdybym się nie ocknęła, to trzeba by było drzwi wyważać). Po drugie, będąc samą w domu z dzieckiem, umieszczać je w miejscach i pozycjach zawsze dla niego bezpiecznych. Na przykład, nie zostawiać „na sekundę” w krzesełku do karmienia niezabezpieczonego porządnie pasami, co zanim zaczęłam robić kanapkę, przyszło mi do głowy, ale Anioł Stróż nad nami czuwał.

Po trzecie: jak się człowiek uderzy w głowę i zemdleje, zasłabnie, cokolwiek z tych rzeczy, natychmiast dzwonić po pogotowie (pani doktor bardzo nakrzyczała, że tak nie zrobiłam). Bowiem każdy, nawet niewinnie wyglądający uraz głowy może grozić przerażającymi powikłaniami.

Inne w tej kategorii:

Komentarze (2)

Pozostaw pole puste, aby dodać komentarz jako anonim.

Opcjonalnie

Wpisz wynik równania, aby dodać komentarz

Marzena.
2013-05-22 10:24:55

re: Opowieść mrożąca krew w żyłach...

Wyobraźnia i rozsądek powinny cechować wszystkie mamy...Zawsze powinnyśmy przewidywać, co się może wydarzyć i nie odnosi się to tylko do dzieci..:))

Zgłoś do usunięcia Odpowiedz
Marzena
2013-05-22 10:19:04

re: Opowieść mrożąca krew w żyłach...

Wyobraźnia i rozsądek, to coś co powinno cechować wszystkie mamy..Zawsze powinnyśmy myśleć z wyprzedzeniem. I nie odnosi się to tylko do naszych dzieci...:)

Zgłoś do usunięcia Odpowiedz