08 kwi 2013

To nie była miłość od pierwszego wejrzenia!

Ah… wspomnień czar… A cofnąć muszę się aż o 10 lat, bo poznaliśmy się właśnie tak dawno temu. Jesteśmy typową parą skojarzoną. Bo parol na mnie zagiął nie mój mąż, a jego starsza siostra. Pracowałyśmy w tej samej firmie, obserwowała mnie przez kilka miesięcy, by w końcu zdecydować się podejść do mnie i podstępem wręczyć numer telefonu do swojego brata.

Spotkaliśmy się. O nie, nie była to miłość od pierwszego wejrzenia! Stwierdziłam, że jest nadęty, zarozumiały i głupio się ubrał. Ale coś nie dawało mi spokoju. Od pierwszego „służbowego spotkania” minęły dwa tygodnie i wreszcie zaprosił mnie na randkę. Po pierwszej randce wparowałam z wypiekami na twarzy do domu i krzyknęłam do swoich współlokatorek: On będzie moim mężem!

Stało się tak po trzech i pół roku od tego okrzyku. Jak się po bardzo krótkim czasie okazało, On też snuł tak daleko idące plany już wtedy :) Nie oświadczył mi się. Przyszedł pewnego dnia i powiedział, że ustalił termin ślubu na październik. A był lipiec. „Krucabomba, mało casu!” - cytując klasyka. Ale zgodziłam się. Trzeba było widzieć miny rodzinki, kiedy informowaliśmy o swoich planach. Skąd ten nagły pośpiech? Wszyscy patrzyli wymownie na mój brzuch… ;)

Ślub mieliśmy piękny. Suknia z wystawy jednego ze sklepów na warszawskiej Pradze. Jedyna dobra na mnie! Te, które macie ślub już za sobą, wiecie, na ile wcześniej trzeba zamawiać sukienkę swoich marzeń. Wesele skromne, ale wyjątkowe – z prawdziwymi Cyganami, w zapyziałym dworku, wśród starych drzew. A Michałek przyszedł na świat prawie 6 lat po tym wydarzeniu. Niedługo opowiem Wam, dlaczego dopiero po sześciu latach...

Inne w tej kategorii:

Komentarze (0)

Pozostaw pole puste, aby dodać komentarz jako anonim.

Opcjonalnie

Wpisz wynik równania, aby dodać komentarz