12 maj 2013

Walka o przetrwanie i błądzenie we mgle...

Zanim zaczęłam w pełni cieszyć się naszym Maleństwem, musiałam przejść przez kilka ogniowych prób. Pomimo że, wydawałoby się, wszystko miałam dopięte na ostatni guzik i przygotowane na tip top na przyjście na świat naszego synka, nie ominęły mnie niektóre zmory wczesnego macierzyństwa.

Nie powiodło mi się w karmieniu piersią, zaliczyłam depresję poporodową. Pierwsze trzy miesiące były okresem, który można nazwać po prostu walką o przetrwanie i błądzeniem we mgle.

Karmienie. Złe pierwsze przystawienie do piersi, kolejne próby nieskorygowane. Czym to poskutkowało? M.in. poranionymi brodawkami i zaburzeniami w laktacji – nawał, zastój, a potem kryzys laktacyjny za kryzysem. Brodawki nie chciały się goić. Nie wiedziałam dlaczego. Nie poprosiłam o pomoc konsultantki laktacyjnej. Chciałam radzić sobie sama. Bycie Zosią Samosią nie jest dobre dla dziecka w tym wypadku. Błąd za błędem. Szłam po omacku. Kapturki, laktatory, dokarmianie. I nieprawdopodobne obciążenie psychiczne.

Przy takich problemach nietrudno o dołek. Najpierw dopadł mnie baby blues, już w szpitalu, potem przedłużał się i przedłużał, aż w końcu przerodził się w depresję. Nie pomagało mi nic. Dobrze, że wciąż był przy mnie mąż, jego wsparcie było nieocenione. Jednak mimo tego wsparcia, nie wychodziłam z dołka zbyt łatwo. Nadal, kiedy wspominam ten trudny okres, trwający ponad trzy miesiące, nie umiem ostatecznie stwierdzić, co w gruncie rzeczy było nie tak. Mam tylko pewne poszlaki.

Karmienie piersią. Wiem, że to nieprawdopodobnie brzmi, ale sama przystawiłam sobie dziecko do piersi. Natychmiast po tym, jak położono mi je na brzuchu. Euforia, adrenalina i zrobiłam to, nie czekając na pomoc położnej. Oczywiście uczyniłam to źle i później pojawiły się te wszystkie problemy. Poza tym, sprawiając wrażenie silnej i pewnej siebie, nie dawałam po sobie poznać w szpitalu, że mogę potrzebować pomocy. Na pytania położnych, czy sobie radzę, zawsze odpowiadałam z uśmiechem: tak, wszystko ok. Nie była to prawda. Tylko wydawało mi się, że jest ok. albo bardzo chciałam, by było ok.

W domu także byłam Zosią Samosią. Nie chciałam nikomu z bliskich przyznać się, że sobie nie radzę, no i poległam na tym.

Miałam i tak niesamowite szczęście, bo moja siostra cioteczna, która jest położną noworodkową i sama niedawno urodziła swoje pierwsze dziecko, wiedziona kobiecą intuicją, postanowiła, nie proszona o to wcale, zainterweniować.

Zadzwoniła do mnie po tym, jak przeczytała zdawkowy sms ode mnie i od razu spytała: „Hej, co jest nie tak?”. No i opowiedziałam jej o wszystkim, zanosząc się od płaczu. Ona, kochana, mimo że mieszka 500 km ode mnie, zaczęła, krok po kroku, powoli wyciągać mnie z tarapatów. Nie ochrzaniała, nie pytała, dlaczego nie poszłam do poradni laktacyjnej lub do psychologa, tylko po prostu na bieżąco weryfikowała błędy i kontrolowała postępy. Nie zważała na późne pory, zawsze była gotowa mnie wysłuchać. Czasem godzinę wisiałyśmy na telefonie, choć sama przecież miała wtedy półrocznego synka. To niesamowite, jak bardzo mi pomogła. Będę jej wdzięczna za to już zawsze.

Poleciła mi kapturki do karmienia Aventu w rozmiarze dla noworodków (jedyne, które Michałek zaakceptował), odpowiedni laktator, maść na poranione brodawki (Maltan, o którym nigdy wcześniej nie słyszałam, bo wszyscy wciskają Mustelę albo PureLan – ten ostatni, szczerze mówiąc, nie najgorszy). Od niej także dowiedziałam się o najdoskonalszej, moim zdaniem, z dostępnych butelek, antykolkowej Dr Brown’s. Proste techniczne porady, które uratowały mi życie. Dzięki niej udało mi się karmić Malutkiego piersią do czasu, kiedy skończył trzy miesiące. Gdyby mi nie pomogła, poddałabym się już po 5 tygodniach.

Niedawno dowiedziałam się też, przy okazji kontrolnej wizyty u swojej dawnej lekarki – specjalisty ginekologa, endokrynologa i położnika, że przyczyną mojej depresji były zaburzenia czynności tarczycy. Pani doktor powiedziała mi, że po porodzie, przy najdrobniejszych podejrzeniach, że tarczyca może nie funkcjonować jak należy, trzeba koniecznie badać hormony i robić USG tego gruczołu. Dowiedziałam się też od niej, że matce karmiącej, która ma depresję poporodową, można podać odpowiednie dawki endorfiny, które zdecydowanie mogą wpłynąć na poprawę nastroju, a nie zaszkodzą karmionemu piersią dziecku. Szkoda, że nie wspomniał o tym nikt w szkole rodzenia. A może nie chciałam słyszeć o mniej przyjemnych rzeczach?

Ale jak usłyszałam od mojego znajomego, któremu zwierzałam się trochę z tego, że ciężko mi poradzić sobie z początkami macierzyństwa: „Nie martw się, przy kolejnych dzieciach będzie już tylko lepiej” ;).

Inne w tej kategorii:

Komentarze (1)

Pozostaw pole puste, aby dodać komentarz jako anonim.

Opcjonalnie

Wpisz wynik równania, aby dodać komentarz

Magda
2013-05-14 13:40:48

re: Walka o przetrwanie i błądzenie we mgle...

haha karmienie piersią jest łatwe i przyjemne... hahahaha ciekawe że wszystkim nam to się w mawia, a gdy przychodzi moment karmienia i gdy dziecko powinno się przyssać do nas delikatnie ciągnąć naszą pierś i zadowolone po 15 min być nakarmione to okazuje się że niemowlę wcale nie potrafi ssać od tak, że jak ssie to pierwsze tygodnie to nie sprawia przyjemności tylko po prostu boli gdyż malec ciągnie nasze brodawki z całych sił, że zalewa nas pokarm itd. itd. itd. w wcale p ... rzy kolejnych nie jest lepiej! piersi są te same i ból ten sam! cztery razy sprawdzałam :) Magda z dlaczegoplacze.wordpress.com Czytaj więcej...

Zgłoś do usunięcia Odpowiedz