14 kwi 2013

Złapałam wiatr w żagle!

Kiedy tylko lepiej się poczułam i mdłości minęły, a zbiegło się to w dodatku z nadejściem wiosny w pełni, od razu złapałam wiatr w żagle i wstąpiło we mnie mnóstwo chęci do działania!

Jedno z przedsięwzięć dotyczyło przeprowadzki. Nie byłoby w tym nic nadzwyczajnego, gdyby nie to, że dopiero co zmieniliśmy mieszkanie. Od zaledwie 6 miesięcy mieszkaliśmy w nowo wynajętym, prawie w centrum miasta. Bez wygód, ale wystarczającym dla bezdzietnego małżeństwa, które i tak więcej czasu spędza w pracy lub w podróży, niż w domu. Lokalizacja wybrana w sposób przemyślany. Blisko wszelkich węzłów komunikacyjnych, miejsc rozrywki (aby łatwo i szybko można było wracać z imprez do domu, jakże częstych wówczas imprez), blisko i dobry dojazd do pracy, świetny, ogromny park pełen pubów i restauracji etc.

Tymczasem byłam w 4 miesiącu ciąży i nie wyobrażałam sobie mieszkania nadal w tym samym miejscu. Optyka zmieniła mi się diametralnie. Mieszkanie za małe, niefunkcjonalne, bez balkonu, zero miejsca na wózek. Na chodnikach pełno psich kup, nie było nawet ładnego placu zabaw i dobrze zaopatrzonego sklepu w pobliżu. Hałas, że głowę urywa, zapach spalin i brak miejsca do relaksujących spacerów zarówno w ciąży, jak i z dzieckiem.

Jak wyobraziłam sobie to maleństwo, ten ciupeńki noseczek wciągający cuchnące, pełne spalin i kurzu powietrze do tych maleńkich płucek, to serce mi się krajało na samą myśl.

Nasz wybór padł na dzielnicę na obrzeżach miasta, pod samym lasem, na jednym z końców linii metra. Mieliśmy ogromne szczęście, bo mieszkanie znaleźliśmy ogromne, niedrogie, w świetnym punkcie. Jedną z największych zalet jego lokalizacji jest bliskość poczty. Jakże się to przydało w ciąży i przydaje teraz, gdy jestem sama z małym dzieckiem w domu i wiele, wiele zakupów robię w sieci i przesyłki odbieram często na poczcie.

Niemal całą wyprawkę kupiłam przez internet, bo końcówka ciąży przypadła na bardzo upalne lato i spacery po sklepach nie były wskazane. Moim wielkim „odkryciem” są właśnie zakupy online. Na przykład w supermarketach, w aptece. Kiedyś do głowy by mi to nie przyszło. Każdy moment był doskonały, by wyrwać się do centrum handlowego. Dziś muszę oszczędzać i czas, i energię, więc już nie jestem stałą bywalczynią sklepów stacjonarnych. Chociaż… troszkę sobie to rekompensuję chodząc na spacery ;)

Niestety, popełniliśmy jeden, diametralny błąd przy wyborze lokum. Nie wiem, jak mogliśmy nie zwrócić na to uwagi. W bloku nie ma windy. Wiem, wiem, ma się to nijak do historii o naszych prababciach, które musiały nosić wodę ze studni, ale… po tej zimie jestem umęczona okrutnie dźwiganiem małego, ale ciężkiego bałwanka, okutanego w te wszystkie kombinezony i koce, na drugie piętro, nierzadko i z „drobnymi” zakupami w drugiej ręce.

Bo oczywiście, jak wychodzę na spacer, to nie mogę iść do lasu, który jest 300 metrów od domu. Muszę zawsze pójść na bazarek albo do drogerii, która jest również 300 metrów od domu, ale w stronę przeciwną. Po co? Po: kaszkę, jabłuszka, pieluszki, chusteczki nawilżane, olejek do kąpieli, krem, nowy smoczkek, soczek… Eh… kobiecość – mamowość.

Inne w tej kategorii:

Komentarze (0)

Pozostaw pole puste, aby dodać komentarz jako anonim.

Opcjonalnie

Wpisz wynik równania, aby dodać komentarz