Czy wytatuowałabyś sobie imię dziecka?

Tatuaż imienia dziecka: czy to nowa moda?

matka, tatuaż, dziecko

Do autobusu linii 509 w Warszawie wchodzi młoda mama z kilkuletnim chłopczykiem. Zajmują miejsca i… zaczyna się! Malec nie może wysiedzieć. Wierci się i kręci jak bąk. Kopie siedzącą naprzeciw staruszkę. Uderza maskotką w poręcze. Zawodzi: - Chcę do domu, do domu!

Młoda mama trąca dziecko w bok łokciem i daje mu „po łapach”. Zdenerwowana przytrzymuje rozkopane nóżki i wyszarpuje maskotkę z rąk. Pajacyk znika w torebce, na co malec w ryk. Mama próbuje mu coś powiedzieć, ale nie jest w stanie przebić się przez głośny płacz. „Przemawia” więc do niego za pomocą mowy ciała i szarpania. Robi groźne miny, próbuje go uciszyć potrząsaniem ramion lub udaje obrażoną i odwraca się z wyrazem złości na twarzy do okna.

Na małym Mariuszu nie robi to wrażenia. Dokazuje jeszcze mocniej. A skąd wiem,  że to Mariuszek? Ponieważ młoda matka, która tak właśnie zwraca się do chłopczyka, imię Mariusz i dwa splecione serduszka ma wytatuowane tuż pod prawym obojczykiem.

Wreszcie wysiadają, a ja zastanawiam się, czy jest ktoś w otoczeniu tej skądinąd sympatycznej dziewczyny, kto w rozsądny sposób wytłumaczyłby jej, jak postępować z rozdrażnionym dzieckiem w autobusie i że strojenie min, szarpanie za chude ramiona i zabieranie maskotki to nie są dobre metody na uspokojenie.

Przyznam uczciwie, że nie odniosłam wrażenia, aby młoda kobieta była złą czy niekochającą mamą. Przeciwnie, w pewien sposób manifestowało się duże przywiązanie między nią a synkiem. Tatuaż też przecież mówił swoje. Był jednoznacznym i niezatartym symbolem miłości. Może infantylny, ale jednak swoje „krzyczał”: "Mój synek jest mym skarbem. Jest dla mnie najważniejszy!"

Tak się złożyło, że w tym samym tygodniu spotkałam jeszcze jedną matkę z wytatuowanym imieniem własnego dziecka na lewym przedramieniu. Zapytałam, dlaczego to zrobiła, a ona odpowiedziała: - Bo kocham moją Bubę do szaleństwa. Ludzie tatuują sobie głupoty na skórze, to ja wolę imię Basi, która odmieniła moje życie.

Czy to jakiś nowy trend pośród matek, trudno powiedzieć. Czy dobry? Po co oceniać. Czy zrobiłabym to samo, gdy na  świat przychodziły moje dzieci? Kto wie? Biorąc pod uwagę stan euforyczny, w jakim się znalazłam po ich narodzinach, być może szukałabym wyrazu dla swoich emocji właśnie w taki sposób. Myślę, że dziś imię córki czy syna na moim przedramieniu lub piersi, mogłoby mnie bardziej irytować niż cieszyć, nie ujmując nic z mojej miłości.

Imiona swoich dzieci „wytatuowałam” przede wszystkim na własnym sercu. Ich istnienie na tym świecie jest jak krew, bez której ono by nie biło. Dobrze znam to odczucie, gdy pojawienie się dziecka poszerza stan świadomości o nowe, dotąd nieznane obszary. Macierzyństwo to rodzaj odurzenia. Można się w nim zatracić.

Ale pamiętam również, że pozostałam odrębną, niezależną od moich dzieci istotą ludzką. Mam ważne dla mnie samej obszary, na których wciąż pragnę się rozwijać i które są mi potrzebne jak powietrze. Bycie mamą to wspaniała rola dana mi przez życie, jednak nieustanna jej manifestacja wydaje mi się niepotrzebna. Dziecko wcale nie pragnie być dla rodzica pępkiem świata. One chce być dla niego ważne . A co to oznacza? Na pewno bezwarunkową miłość, akceptację, szacunek, zrozumienie i bezpieczeństwo. One najpiękniej manifestują się w budowanej dzień za dniem relacji.

autor: Joanna Weyna

 

Komentarze (1)

Pozostaw pole puste, aby dodać komentarz jako anonim.

Opcjonalnie

Wpisz wynik równania, aby dodać komentarz

Anonim
2017-08-14 20:01:39

ja sama mam wytatuowane imie synka na lewym nadgarstku.Uwazam ,ze to nic złego,kocham go i zawsze chce go miec przy sobie chociaz w taki sposob.

Zgłoś do usunięcia Odpowiedz