Jestem matką ze wsi. Czy jestem gorsza?

Takie opinie potrafią wkurzyć, jednak: nie przejmujmy się nimi!

Do napisania tego teksu sprowokowała mnie zasłyszana opinia, że matki ze wsi są mniej postępowe, nie śledzą nowinek dotyczących wychowania i rodzicielstwa, nie czytają dobrych książek na temat bycia rodzicem, mało się interesują psychologią dziecka i jedyne, w czym górują nad mamami z dużych miast jest to, że są bardziej wyluzowane i czerpią z większego wsparcia w opiece od bliskich.

No, ludzie! Spadłam z krzesła! Mieszkam w Wawie i większość młodych mamuś na moim dużym osiedlu to dziewczyny, które wychowały się na wsi, a do stolicy przywiodły je różne koleje życia. Czy przeniosły do niej również jakieś zaśniedziałe metody wychowawcze? Śmiem wątpić. A może osoba, która wydała taki wyrok ma po prostu kompleksy?

Po ochłonięciu, uznałam, że jednak zastanowię się nad tym stwierdzeniem i sięgnę po własne obserwacje, z których wynika, że:

Mamy ze wsi mają na pewno większy dostęp do natury, a dziecko odchowane w otoczeniu przyrody nabiera szczególnego rodzaju wrażliwości. Przyroda jest dla niego ważna i potrafi ją uszanować.

Przesadzam? Doszukuję się plusa na siłę? Być może, jednak tuż za nim idzie następny. Odnoszę wrażenie, że mamy ze wsi są mniej spięte i nadwrażliwe. Pozwalają swoim latoroślom bawić się swobodnie na podwórku, a przez to, że same są często młodsze od tych mam miastowych, włączają się chętnie w zabawę maluchów.

Dobra, dobra. Już słyszę ten hejt: "Co ta baba za bzdury wypisuje?", jednak pozwólcie, że będę brnąć dalej, bo przecież postanowiłam bronić macierzyństwa realizowanego na wsi.

Mamy ze wsi, jeśli faktycznie mają większe wsparcie od babć czy cioć, to tylko dzieciom wychodzi na dobre. Naukowcy już dawno udowodnili, że lepiej, aby dziecko dorastało w większej społeczności rodzinnej, przesyconej wzajemnymi więzami krwi i miłości, niż w rodzinie dwa plus dwa z wielkiej i nowszej płyty. Ostatnio moja koleżanka, mamusia dwóch uroczych dziewczynek, które są wychowywane w stolicy z wszelkim możliwym dostępem do wszelkich możliwych dóbr kulturalnych oświadczyła, że ma ochotę rzucić wielką aglomerację w cholerę i kupić dom w rodzinnej "pipidówce", aby dziewczynki mogły wreszcie wpadać na pogaduchy do ukochanej babci i na placek do cioci Iwonki...

Co jeszcze? Mamy ze wsi (tak zakładam) mają lepszy dostęp do zdrowej żywności. Może nie wariują na punkcie konkretnych diet, ale zupka z ich warzywek jest naprawdę zdrowa.

Ups, teraz może dostanę po łbie, ale wydaje mi się, że mamusie ze wsi tworzą trwalsze związki ze swoimi partnerami, niż znerwicowane i zagonione matki z wielkich miast. A co oznacza wzorzec dobrego i trwałego związku dla malucha? Oznacza, że wyrasta na dojrzałą emocjonalnie jednostkę, bez zaburzonego poczucia własnej wartości, zdolną do kochania i bez tych okropnych traum, jakie ciągną się za człowiekiem po bolesnym rozwodzie rodziców :( Oczywiście pary, które mam na myśli, trwają ze sobą, bo się kochają, czują odpowiedzialność za założoną rodzinę i chcą zachować wobec siebie wierność i przyjaźń na długie lata dobrego pożycia. Brzmi nierealistycznie? Być może, jednak jak dowodzi psychoterapeutka Małgorzata Liszyk-Kozłowska: "Jednym z podstawowych celów wychowawczych powinno być pokazanie dziecku, co to znaczy dobry związek".

No, dobrze, robie "stop" i liczę na to, że to Wy, kochane Mamusie wiecie najlepiej, jak wychowuje się malca na prowincji i czy takie opinie mają w ogóle sens. Żeby dodać trochę dziegciu do tej beczuszki miodu, zdradzę, co zarzuciła Wam osoba, która wypowiedziała rzeczoną na wstępie opinię:

Mamy ze wsi są mniej wykształcone i nie lubią czytać, więc nie śledzą ciekawych i ważnych treści na temat wychowania dziecka i dobrego rodzicielstwa.

Mamy ze wsi, przez to, że nie lubią czytać, nie czytają swoim dzieciom książek na dobranoc i nie znają się na dobrej literaturze dziecięcej.

Mamy ze wsi częściej tkwią w toksycznych związkach.

Mamy ze wsi nie wiedzą, co to znaczy rodzicielstwo bliskości lub świadome rodzicielstwo. Wyśmiewają się z nowoczesnych trendów i uważają, że same wiedzą, co dla ich dziecka jest najlepsze.

Mamy ze wsi częściej krzyczą na swoje maluchy, a nawet dają klapsy, ponieważ na prowincji jest ku temu większe przyzwolenie.

Dobra, dość. Osobiście uważam, że taki podział to jednak ślepa uliczka, choć w każdej opinii tkwi ziarenko prawdy. Z własnego doświadczenia wiem, że miejsce zamieszkania nie ma mocy decydującej, jakie dziecko wypuścimy w świat. Moje "maluchy" wychowały się częściowo w dużych miastach, a częściowo w małej wsi pod Sochaczewem. Z każdego miejsca i czasu tam spędzonego wyniosły jakąś wartość. W Warszawie na przykład były jednymi z dwóch tysięcy dzieci w publicznej szkole podstawowej. Po przeniesieniu na wieś i pod okiem fajnych nauczycieli, którzy pracowali z klasami liczącymi raptem po kilkanaście uczniów, zaczęły pełniej rozwijać swój potencjał i zostały zauważone, co bardzo je podbudowało.

Także, nie przerzucajmy się krzywdzącymi opiniami, choć podyskutować oczywiście warto. A ja jestem bardzo ciekawa Waszych opinii :)

Joanna Weyna

 

 

Komentarze (0)

Pozostaw pole puste, aby dodać komentarz jako anonim.

Opcjonalnie

Wpisz wynik równania, aby dodać komentarz