Kilka słów w obronie "rodzicielskiej tresury"

My, rodzice, mamy skłonność do "tresowania" dzieci. Kiedyś byłam całkowicie temu przeciwna, a jednak...

Mama karci dziecko

Mam alergię na tresurę. Jestem na nią tak uczulona, że z zasady zaneguję każdy najmniejszy jej przejaw. A już tzw. rodzicielskiej tresury nie znoszę! Te komendy rzucane dzieciom, ścisłe rozkłady dnia z godzinami na karmienie i spanie. "Lulu" po dobranocce, słodycze tylko w niedzielę. Spacerki o stałych porach. Przedpołudnie na pranie, popołudnie na prasowanie...

Tak znienawidziłam tresurę z dzieciństwa, że moje dzieci były jej pozbawione. Do rodzinnej legendy przeszły już me niektóre liberalne zachowania oraz - co tu kryć – „grzeszki”, gdy zamiast wstać rano i wyprawić córkę do szkoły, wyłączałam budzik i potem pisałam jej usprawiedliwienie z jednej, a nawet dwóch lekcji...

O dziwo, pomimo braku żołnierskiej organizacji, która regulowałaby dzień i związane z nim czynności co do godziny, moje dzieci wyrosły na zdyscyplinowane jednostki z umiłowaniem do porządku. Można więc by powiedzieć, że zastosowany „model wychowawczy”, wydał dobre owoce.

I, oczywiście, aż mnie korci, aby pochełpić się nim wszem i wobec. Wytknąć przy okazji mojej hołdującej rygorowi mamie, że bez stawiania dzieci na baczność też da się wyprowadzić je na ludzi.

I tu przychodzi małe opamiętanie. Coś na kształt spojrzenia z boku i wejścia w czyjeś buty. Bo, powiedzmy sobie szczerze, czy w atmosferze swobody, bliskości, całkowitego skupienia na latorośli i poświęcania jej mnóstwa czasu, można wychowywać na przykład pięcioro dzieci? Czy matki, które muszą chodzić do pracy, wychowują samotnie lub borykają się dodatkowo z opieką nad starymi rodzicami lub chorym współmałżonkiem, mogą pozwolić sobie na ten cudowny rodzicielski „chillout”, o którym z taką emfazą piszą „freelancerki”, chwalące się przy tym ogromnym wsparciem ze strony partnera, który na czas pojawienia się dziecka, odsunął wszelkie inne obowiązki na dalszy tor (takim to dobrze!).

Czy moje obie babcie, które w latach wojny urodziły po ośmioro dzieci i miały tyle codziennej pracy do wykonania, łącznie z praniem na tarach, gotowaniem codziennie kotła zupy, wypiekaniem chleba, tyraniem w polu i bieganiem przy inwentarzu, ogarnęłyby codzienne życie bez przestrzegania ściśle określonego rytmu, gdzie każda pora dnia i nocy miała swoje zadania do wykonania, rytuały do odprawienia, gdzie był czas na pracę, modlitwę i wypoczynek, a harmonogram, według którego toczyła się egzystencja często ponad 10 osobowej rodziny, był niczym strażnik pokoju i domowej harmonii.

Łatwo prawić o swobodzie, bliskości i całkowitym skupieniu na dziecku, kiedy ma się dla niego 24 godziny na dobę, partnera asystującego przy każdej czynności i obie babcie w pogotowiu.  

Łatwo prawić o luzie i podróżach z malcem, kiedy mamy na to czas, przestrzeń i pieniądze. I chełpić się, że jesteśmy rodzicami pochylającymi się nad każdą potrzebą dziecka, biorącymi je zawsze na ręce, pozwalającymi chodzić spać, kiedy mu się żywnie podoba i pozwalającymi jeść, gdy jest głodne, kiedy mamy na tyle wygodne i stabilne życie, aby się nie szarpać o każdy grosz, dach nad głową i wsparcie kogokolwiek.

Nie znoszę „tresury”, ale do dziś uwielbiam, kiedy moja mama stawia obiad na czas i z tatą, a mają oboje prawie osiemdziesiąt lat!, odczyniają swoje cotygodniowe rytuały: poniedziałek - pranie, piątek - ogólne sprzątanie, niedziela - kościół i lepszy obiad, a ich dzień składa się z pór na obowiązki, posiłki, kawę na tarasie, planowanie rodzinnych wydarzeń i zapisywanie zadań do wykonania, które można potem odhaczyć ptaszkiem.

Tak, można polubić „tresurę”.

Jest wiele współczesnych rodziców, którzy wprowadzili lub musieli wprowadzić ścisły plan dnia i ani oni, ani ich dzieci, nie przeżywają z tego powodu traumy, nie rozwijają się gorzej, nie tracą radości życia i nie wpadają w depresję.

Nie lubimy tresury przede wszystkim dlatego, że często towarzyszą jej niewłaściwe zachowania: krzyki, wybuchy agresji, absurdalne nakazy i zakazy, nerwowa atmosfera, pośpiech. Gdy nauczymy się nad nimi panować, tresura zamienia się w dyscyplinę, a ona sama w sobie nie jest ani zła, ani szkodliwa. Jest wręcz potrzebna w dorosłym, dojrzałym i odpowiedzialnym życiu, w dążeniu do wyznaczonych celów i realizowaniu marzeń.

Z biegiem lat nauczyłam się brać z mojego dzieciństwa to, co dobre, a to co złe, jak to się modnie mówi - przepracowałam. Z perspektywy lat jestem rodzicom wdzięczna za niektóre dyscyplinujące mnie zachowania, a rodzinne rytuały wprost uwielbiam!

Tresura, która ma znamiona agresji, zawłaszczania drugim człowiekiem, niszczeniem go i narzucania jedynie słusznej racji - NIE! Dyscyplina, która porządkuje dzień, wprowadza w codzienność poczucie ładu, bezpieczeństwa i sprawczości - TAK!

Drogie Mamy, nie miejcie więc kompleksów z tego powodu, że nie możecie pozwolić sobie na spanie z dzieckiem do dziesiątej, obiad trwający godzinę i radosne z nim baraszkowanie, podczas gdy piętrzy się stos ciuchów do wyprania i naczynia w zlewie, których nie pomyje za was nikt inny, a już na pewno nie roczne dziecko.

Nie czujcie się gorsze, że musiałyście odstawić dziecko od piersi, bo przyszedł czas na żłobek. Że wróciłyście do pracy, choć tęsknicie w niej za maleństwem jak wariatki.

Wciąż jesteście dobrymi, kochającymi matkami. I wasz maluch to czuje i wie. Na pewno znajdziecie sposób, aby wynagrodzić mu swoją nieobecność, ofiarowując na przykład pół godziny maksymalnej uwagi podczas czynności, którą może być choćby… wspólne uprzątnięcie zabawek i ułożenie ciuszków w szafie, ale w taki sposób, że dziecko myśli, że się świetnie bawicie!

Matka to takie „stworzenie”, które nawet w ekstremalnych warunkach, jeśli tylko zaufa swojej intuicji i nie podda się presji otoczenia, znajdzie sposób na okazanie dziecku miłości i czułości.

Wy to potraficie!

Joanna Weyna

Komentarze (0)

Pozostaw pole puste, aby dodać komentarz jako anonim.

Opcjonalnie

Wpisz wynik równania, aby dodać komentarz