25 wrz 2018

LIST: Byłam mamą Martynki, jestem mamą Aniołka...

mama dziecko

Cały czas dostajemy od Was wiadomości i maile, które nas wzruszają. Część z nich nigdy nie jest publikowana, część przesyłamy Wam, byście mogli zobaczyć historie innych ludzi. Tak jak historia tej Mamy.

Zobacz też: Straciłam naszego drugiego synka... Przepraszam

"Pisząc do was ten list powinnam być w 37 tygodniu ciąży, powinnam szykować torbę to szpitala i kończyć kompletować wyprawkę ale życie złapało mnie mocno i uderzyło o ziemię. Uderzyło tak, że ból będzie trwał całe moje życie a zamiast kupowania ubranek i rzeczy dla córeczki kupuję jej kwiaty i aniołki a zamiast zapalać światło nad jej łóżeczkiem ,gdy zapłacze w nocy to zapalam jej znicze. Od początku opowiem Wam Nasza historię o wielkiej walce, sile miłości i nadzieji.

Widząc dwie kreski na teście ciążowym plakalam mężowi jak sobie poradzimy mieszkamy u teściów, budowa domu, kredyt jaka ja byłam głupia płacząc bez powodu. Nie wiedziałam że czeka nas najgorsza tragedia a płacz na końcu zamieni się w krzyk bezsilności i rozpacz ściskającą serce i gardło. Mąż mnie przytulił damy radę, najwyższy czas na rodzeństwo dla naszej 3 latki. Radość przyszła od razu po rozmowie z mężem. Ze względu że poroniłam pierwsze 2 ciążę zdecydowaliśmy nie mówic naszej córce do pierwszych badań prenatalnych. To wtedy Nasz świat runął pierwszy raz. Na badania jechałam zastanawiając się czy dowiemy się czy córka czy synek, jak dziecko będzie pięknie robić fikołki i machać do nas rączką. Podczas badania już widziałam po lekarce że coś jest nie tak. Nic nie mowila, długo sprawdzała aż powiedziała, że dziecko ma uogólniony obrzęk płodu i umrze. Nie wytłumaczyła, skąd co to znaczy. Dała skierowanie na echo serca i kazała czekać na wynik testu pappa.

Łzy leciały strumieniem uciekłam do samochodu przed wzrokiem innych rodziców czekających w poczekalni. Zadzwoniłam do mojej doktor prowadzącej powiedziała ciąża do aborcji 99% moich pacjentek usuwa takie ciąże. Po 2 tygodniach odebrałam wyniki testu prawdopodobieństwo zespołu Downa 1:26 zespołu Edwordsa 1:21 i zespołu Patau 1:6. Strach, niedowierzanie co robić, gdzie się udać po pomoc. Wiedziałam że na moją doktor nie ma co liczyć. Wyszukałam w internecie najlepszy w naszym województwie oddział patologii ciąży. Umówiłam się na konsultacje do ordynatora. Pojechaliśmy pełni nadziei że coś pomoże na ten cholerny obrzęk. Doktor od razu skierował nas na biopsję kosmówki, która wykonaliśmy po kilku dniach.  Bolało okropnie,  ponadto lekarz stwierdził że  obrzęk za główką się zwiększa. Zapłaciliśmy za szybki wynik który przyszedł po 2 dniach. Doktor zadzwonił do mnie akurat kiedy byłam w sklepie z córką. Powiedział że wyszedł zespół Turnera i to dziewczynka tylko one są obarczone tym zespołem dodał że istnieją dwie postacie jedną łagodna  i druga obrzękowa śmiertelna i zaprasza na konsultacje. Mój świat runął drugi raz, nie mogłam wydusić słowa, ledwo zapłaciłam za zakupy chwyciłam córeczkę i nie wiem jak doszłam do samochodu, ani jak dojechałam do domu. Nie mogłam powstrzymać płaczu, córeczka dopytywała dlaczego płacze, nie umiałam jej powiedzieć. Wbiegłam do domu i wtulilam się w ramiona męża mówiąc, dzwonił doktor to zespół Turnera. Płakaliśmy, krzyczałam z bólu, bezsilności i strachu. Przecież każdy chce mieć zdrowe dziecko. Tak bardzo się bałam co dalej.

Czytałam na internecie, co to za choroba genetyczna. Im dłużej czytałam tym mniej się bałam i stwierdziłam że nie jest to tragedia damy radę. Dziewczynki z tym zespołem, mają problemy ale rozwijają się normalnie jak zdrowe dzieci. Znalazłam wspaniałą grupę wsparcia na Facebooku( jeśli któraś z Was to czyta to dziękuję jeszcze raz). Dzięki tym dziewczynom przetrwałam te kilka miesięcy. To one dały mi siłę walczyć o moją perełkę. Widziałam z jakich stanów ich nowonarodzone córeczki wychodziły, jakie wady serca u nich operowano, jakimi ślicznymi i wyjątkowymi dziewczynkami są. Myślałam że będziemy szczęśliwi, że będzie normalnie i kiedyś ja będę wstawiać zdjęcia i będę dumna z mojej córeczki. Mówiłam mężowi pocieszając go i przygotowując go do tego że nasze dziecko urodzi się chore. Zrozumiał i zaakceptował to ale wiedziałam że się boi. Zadzwoniłam do mojej doktor poinformować że córka ma zespół Turnera. Odpowiedziała że nam nie pomoże bo to choroba genetyczna i nie ma doświadczenia. Zostałam bez lekarza prowadzącego. Znowu szukanie w Internecie znalazłam najbliższe hospicjum perinatalne. Tam się nami zajęła Pani ginekolog. Podczas kontrolnych wizyt obrzęk się zmniejszał, nic nie wskazywało na to co ma Nas spotkać. Jak minął 20 tydzień, zaczęłam myśleć o wyprawce, powiedzieliśmy też córce że będzie mieć siostrzyczkę o imieniu Martynka. Bardzo się cieszyła opowiadała jak będzie się nią zajmować, jak będzie mi pomagać, całowała brzuch mówiła kocham cię Martynko, wychodz już, mamusiu ona chce wyjść już bo nie ma tam kocyka i zabawek. Byłam taka szczęśliwa, widząc że moje dziecko cieszy się z rodzeństwa. Byłam pewna że już nic złego nie może się małej stać, obrzęki się wchłonęły zostało tylko trochę przy jednym płucku. 

Polecamy: Odkryłem, że mój nastoletni syn mnie okrada...

Podczas kolejnej z kontrolnych wizyt w 28 tygodniu nastąpiło pogorszenia stanu Martyni. Doktor powiedziała -obrzęk jest tak duży że nie dożyje do porodu. Mój świat runął znowu. Nie mogłam złapać tchu. Jak to przecież ona już jest duża, ratują takie wcześniaki. Wiedziałam że robią zabiegi wewnątrz maciczne dzieciom z obrzękiem płuc. Moja doktor nic nie wiedziała o tym. Znowu szukałam sama pomocy dla mojego skarba. Skontaktowałam się z doktorem który wykonywał u Nas biopsję. Powiedział żeby przyjechać, zobaczy co da się zrobić.

W między czasie napisałam email do profesora jednego z lepszych w kraju, który zajmuje się terapia wewnątrz maciczną, zaprosił nas do kliniki jeśli wcześniej wspomniany doktor Nam nie pomoże.  Spakowałam torbę i ruszyliśmy z mężem do szpitala. Położyli mnie na sali z kobietami przed cesarka ze zdrowymi dziećmi. Czułam się okropnie słysząc ich opowieści. Moje dziecko może umrzeć a one będą jutro trzymać swoje w ramionach. Byłam w tym szpitalu jeden dzień i nie pomogli Nam, powiedzieli czekać aż przestanę czuć ruchy i przyjechać na rozwiązanie ciąży. Nie przyjęłam tego do wiadomości. Wypisali mnie a my z mężem ruszyliśmy 300 km dalej po ratunek dla naszej perełki.

Profesor przyjął nas powiedział że zrobi wszystko żeby nam pomóc mimo choroby genetycznej której nie da się wyleczyć. Oczywiście inni lekarze z oddziału profesora mieli inne zdanie. Chcieli wywrzeć na mnie presję mówiąc, że to i tak nic nie da odbarczanie tych płucek, że mam dać jej wkońcu odejść, nie przedłużać jej cierpień, i że jeśli profesor się zgodzi wykonać zabieg będzie to błąd medyczny. Profesor się zgodził po 3 dniach znalazłyśmy się na sali operacyjnej, bałam się bardzo ale wiedziałam, że to nasza nadzieja. Zabiegi się udał, obrzęk ustępował. Martynia walczyła dalej a ja razem z nią. Dzień przed wypisem do domu, zrobili mi amnioredukcję. W dniu wyjścia ze szpitala kontrolne ktg, tętno skakało bardzo wysoko, zrobili mi USG. Decyzja -przeniesienie na oddział przedporodowy. Zadzwoniłam do męża przerażona z płaczem że to za wcześnie to dopiero 30 tydzień, tak się balam o nasze maleństwo, byłam sama daleko od domu, mąż   czekał na decyzję o porodzie czy przyjeżdżać do nas. Cały dzień spędziłam pod ktg, dopiero wieczorem zabrali mnie na kontrolne USG, maleństwu się nie poprawiało a tętno było coraz wyższe. O 23 zdecydowali o CC. Mąż już nie miał możliwości wejścia do nas. Zostałam sama w ciemnej sali, bez telefonu, płakałam,było mi zimno, trzęsłam się ze strachu o życie mojej perełki, czekałam aż mnie wezmą na salę operacyjną.

O godzinie 1.01 przyszła na świat moja śliczna dzielna córeńka Martynia. Nie słyszałam nawet jej płaczu, zapytalam czy żyje powiedzieli że tak a neonatolodzy zabrali ją od razu do inkubatora. Zapytali tylko jak ma na imię, zerklam do inkubatora była taka maleńka, łapała powietrze. Tak bardzo bolało że nie mogłam jej nawet pocałować i dotknąć. Lekarz powiedział że wody płodowe były już zielone, córeczka nie miała by żadnych szans jeśli została by we mnie. Nasza kruszynka miała 36 cm i ważyła 1100g. Rano był już u mnie mąż, byłam taka bezradna obolała, bardzo źle zaniosłam te CC. Poprosiłam męża żeby poszedł do córeczki, ja nie mogłam jeszcze wstać. Wrócił uśmiechnięty, że jest śliczna maleńka i stan jest stabilny, walczy nam dziewczynka. Pani doktor mu powiedziała że będą próbować odłączyć ja od respiratora w najbliższych dniach. Płakałam ze szczęścia, myślałam że teraz już ja mamy przy sobie i wszystko musi się udać, lekarze będą wiedzieli jak jej pomóc. Popołudniem wstałam, mąż zawiózł mnie na wózku do perełki. Była taka malutka a tyle wenflonów, drenów, przewodów było w jej ciałku, chwyciłam jej rączkę, mówiłam do niej że musi się nam udać już tyle walczyłyśmy i musimy wygrać, że kocham ją a w domu czeka na nią jej siostrzyczka. Tak minął nam dzień, powrót na oddział, za chwilę powrót do słoneczka. Odciągałam pokarm, żeby pomóc małej, mąż zanosił córeczce w strzykawce. Chciałam rozkręcić laktację żeby starczyło na zamrożenie na kilka dni jak mnie wypiszą. Miałam wrócić na kilka dni do starszej córki, też brakowało jej mamy w ciągu 2 tygodni widziałyśmy się raz, gdy była u mnie w odwiedzinach. Mąż pojechał do domu a mnie o 6 rano obudziła położna że mam iść do dziecka, obolała prawie biegłam na oddział neonatologiczny, nie wiedząc co się stało i co zastanę.

Dowiedziałam się że Martynia była w nocy reanimowana, stan jest ciężki. Jej maleńkie ciałko drżało od respiratora a dreny były wypełnione krwią, usiadłam i płakałam błagając ja żeby walczyła że nie może odejść, tak bardzo ja kocham, moje dzieciątko maleńkie tak musi cierpieć. Położna powiedziała że nie z takich stanów dzieci wychodzą i że jest silna i walczy. Zadzwoniłam po księdza, ochrzcił malutką, płakałam mówiąc modlitwę. Prosiłam Boga żeby mi jej nie zabierał, że tyle już przeszłyśmy. Pokazałam mu moja miłość do niej, nie zgodziłam się na terminację, nie zgodziłam się na czekanie na jej śmierć, szukałam pomocy żeby ją ratować, chciałam ją taka jaką była, wiedziałam że ma szansę bycia śliczna dziewczynka, bystra nastolatką i mądra kobietą. Prosiłam go żeby on mi pokazał, że mała może żyć ze będziemy szczęśliwi. Przesiedziałam z nią kilka godzin, aż wrócił mąż, zmienił mnie a ja ze zmęczenia zasnęłam. Przyszedł doktor zrobił USG całego jej małego ciałka. Zaprosił nas na rozmowę mówiąc że stan jest ciężki, mogło dojść do niedotlenienia mózgu i że musimy obserwować mała dopiero wtedy będzie można mówić o rokowaniach. Ale jeśli nie będzie poprawy będziemy musieli znaleźć wspólny język. Doktor nie powiedział tego ale dał do zrozumienia że być może trzeba będzie odłączyć Martynie od respiratora i pozwolić jej odejść. Poszliśmy odpocząć gdy wróciliśmy stan był stabilny, nasza kruszynka otworzyła oczka i popatrzyła na nas swoich rodziców. Były maleńkie i śliczne, patrzyła chwilkę i zamknęła. Myślę że chciała nas zobaczyć i w tej chwili ona już wiedziała że musi odejść,chciała nas pożegnać. Mąż pojechał do domu, a ja poszłam na swój oddział. Ledwo wyszedł a pisaliśmy o naszej maleńkiej że musi dać radę, że skoro się udało ja przywrócić do życia to walczy musi się nam udać i za kilka miesięcy wrócimy razem do domu. Już miałam wychodzić do niej posiedzieć ale zadzwoniłam telefon - proszę przyjść się pożegnać z dzieckiem mamy kolejny kryzys. Z mojego świata zostały zgliszcza a moje życie nigdy już nie  będzie takie samo. Biegłam mimo bólu byle zdążyć. Dobiegłam jak doktor kończył reanimację mojego dziecka. Nic się nie da już zrobić serce nie reaguje.

Usiadłam i płakałam ból przeszywał moją duszę. Zadzwoniłam do męża który dojeżdżał do domu i powiedziałam że Martynka umarła, starał się mnie uspokoić bo wiedział że nie dojedzie z powrotem żeby ją pożegnać ze mną. Dlaczego moje dziecko, dlaczego ona przecież miało być inaczej, miało nam się udać. Odłączyli perełkę od aparatury, położna owinęła ją w piękny kolorowy becik i czapeczkę ( chciałam bardzo podziękować Panią które szyją charytatywnie dla takich kruszynek, dzięki Wam mogłam utulić swoje dzieciątko ślicznie ubrane a nie zawinięte w pieluszkę).  Położna podała mi moje maleństwo, przytuliłam ja pierwszy i ostatni raz, łzy lały się strumieniem. Mimo że wiedziałam że może tak być że odejdzie, nie byłam gotowa na jej śmierć nigdy nie będzie się gotowym na śmierć swojego dziecka. Siedziałam i płakałam nad jej maleńkim ciałkiem, tuliłam ją tak że musiało mi wystarczyć na całe życie bez niej. Zadzwoniłam do męża tylko tak mógł być przy nas. Płakaliśmy razem, mąż starał się mnie pocieszyć ale w tej chwili nie było żadnych słów które mogły by ukoić mój ból. Mogłam być z nią tylko dwie godziny, po tym czasie musiałam ją oddać. Podałam położnej mój skarb, tak bardzo nie chciałam jej oddawać. Położna odłożyła malutką do inkubatora a inna odprowadziła mnie na oddział. Dostałam leki na uspokojenie, chciałam zasnąć i obudzić się jak mąż będzie przy mnie. Zasnęłam na dwie godziny, poszłam po kolejną dawkę. Nad ranem obudził mnie płacz innych dzieci na oddziale. Wstałam bezsilna i zła po kolejną dawkę leków, zamknęłam drzwi żeby nie słyszeć tych dzieci. One były przy swoich matkach a moje najdroższe dzieciątko leżało same w chłodni.  Na obchód przyszedł lekarz który wykonywał CC, patrząc na mnie już wiedział że moje dzieciątko umarło. Przeniósł mnie na inny oddział, na salę gdzie były matki których dzieci zmarły. Mąż przyjechał i został ze mną do następnego dnia. Nawet nie mieliśmy miejsca, w którym mogliśmy się wypłakać. Dostałam wypis w poniedziałek. Poszliśmy załatwić aby Martynka nie miała autopsji. Kierownik oddziału nie zgodziła się na to. Prosił ją mąż, błagałam ja byle więcej nie kaleczyli jej maleńkiego ciałka. Została nie wzruszona prośbami. Odpuściliśmy, chciałam jechać do domu do starszej córeczki, chciałam zabrać moje dziecko z tego szpitala i pochować.

Zobacz też: Stałam się marionetką mojej teściowej... Przez nią moje małżeństwo się rozpada

Opuszczając szpital nie mogłam uwierzyć że wracam do domu bez niej. To tu mieli Nam pomóc ale nie udało się. Wiem że chciała być z nami że walczyła. Jestem wdzięczna lekarzom mimo śmierci mojej perełki. Miałam szansę poczuć jej ciepło, jej maleńkie paluszki i rączki, spojrzeć w jej maleńkie oczka. Mam nadzieję że słyszała co do niej mówiłam, czuła moją obecność i miłość. Wróciliśmy do domu, przytuliłam mocno moją córeczkę. Musiałam powstrzymać łzy żeby nie widziała mojej rozpaczy. Wieczorem powiedziała że zostawi zabawkę dla Martyni i pogłaskała mój brzuch. Zawołałam męża, musieliśmy jej powiedzieć wkońcu. Wytłumaczyłam jej że nie mam już Martynki w brzuszku, że się urodziła ale była bardzo chora, poszła do aniołków i mieszka w chmurkach. Bardzo płakała, pytała dlaczego i czy jeszcze będziemy mieć Martynke, mówiła że bardzo chciała ją mieć. Z rozpaczy zasnęła. Ból mnie przeszywał widząc rozpacz mojego dziecka. Następnego dnia załatwiliśmy formalności pogrzebowe. Było bardzo ciężko, myślałam że będę załatwiać pogrzeb rodzicom za wiele lat a nie własnemu dziecku. Na pogrzebie mieli być tylko dziadkowie i moja siostra. Zamówiłam piękne różyczki dla naszej córeczki. Szłam do kaplicy z mężem, ale on nie wszedł się pożegnać. Myślałam że zemdleje, łzy lały się same, nie mogłam uwierzyć że moje maleństwo leży w trumnie. Jak ją zobaczyłam krzyknęłam z rozpaczy. Krzyczałam na Boga dlaczego ona dlaczego po naszej walce o nią mimo to ja zabrał,  chcieliśmy ją taka jaką była- cudowna wspaniała dziewczynka. Leżała taka maleńka, ubrana w komplecik r.42 najmniejszy jaki znalazłam. Ułożyłam obok jej główki aniołka i białego misia. Przytuliłam dłonią jej główkę i otuliłam ja kocykiem. Wiedziałam że muszę wyjść i więcej się nie zobaczymy, tak trudno było mi zostawić moje maleństwo. Powiedziałam kocham cię perełko żegnaj maleństwo. Wyszłam i ruszyliśmy na cmentarz. Nie mogłam uwierzyć że niosą trumienkę z moim skarbem. Mąż mocno mnie przytulał gdy staliśmy nad grobkiem a ja wyłam z rozpaczy, chciałam ją z tamtad zabrać. Była we mnie pustka, Bóg wyrwał mi ją z objęć i zostawił już na zawsze dziurę w sercu. Nikt już jej nie wypełni bo nasza córeczka powinna żyć. Zabrał ją o całe życie za wcześnie. Wróciłam do domu, pełnego ludzi a jednak pustego. W komodzie pełno jej ubranek i rzeczy, wózek stał w korytarzu. Wszystko dla niej było gotowe, musiałam się zmierzyć z pakowaniem jej rzeczy chciałam to zrobić sama, stawić czoła tej tragedii. Wszystko sprzedałam, nie chciałam ani jednej rzeczy zostawić dla kolejnego dziecka, bo to wszystko było Martyni. Zostawiłam poduszkę z jej imieniem, którą sama uszyłam, jeden najmniejszy komplecik, i taka sama czapeczkę w której była pochowana. Chciałam mieć pamiątkę po niej. Nie zdążyłam zrobić jej zdjęcia, kiedy żyła. To wszystko działo się tak szybko, jak w najgorsze koszmarze. Dziś jest już 3 miesiące po jej śmierci, długo zajęło mi pisanie tego listu ale łzy ciągle przerywały. Wiele razy ludzie rozcinali moje rany. Ludzie świadomi robili to plotkowaniem o naszej tragedii i mówieniem że lepiej bo jakby miała być niepełnosprawna a nieświadomi  wysłali pismo z ubezpieczenia z napisem" Martyna witaj na świecie", dzwoniąca pani z banku komórek macierzystych "o urodziła już pani gratulacje". Wzrok ludzi przeszywa mnie, nie potrafię iść już pewnie patrząc przed siebie tylko spuszczam głowę. Wydaje mi się że każdy wie co mnie spotkało.

Codziennie jestem u mojego dziecka, dbam o nią jak tylko teraz mogę. Opowiadam jej co robię, co u jej siostry. Mówię jak bardzo tęsknię i kocham. Nie zostało mi nic tylko żyć tak abyśmy kiedyś były razem, wtedy jej wszystko wynagrodzę to całe życie bez niej."

 

Czekamy na Wasze listy pod adresem: redakcja@supermamy.pl

Inne w tej kategorii:

Komentarze (0)

Pozostaw pole puste, aby dodać komentarz jako anonim.

Opcjonalnie

Wpisz wynik równania, aby dodać komentarz