09 lip 2018

LIST: 'Straciłam naszego drugiego synka. Przepraszam.'

kobieta

Otrzymaliśmy od Was wiele wiadomości i prywatnych wyznań, które poruszały temat straty dziecka, w odpowiedzi na ostatni list, jaki zamieściliśmy. Bardzo dziękujemy za Wasze zaufanie i chęć niesienia wsparcia innym kobietom. Wśród tych, które przyszły na naszą skrzynkę, znaleźliśmy jeden list, który równie mocno nas poruszył. Przeczytajcie sami:

"Po przeczytaniu listu pt. "Tydzień temu o tej porze byłam jeszcze w ciąży" mogłabym podpisać się pod tym tytułem ponieważ dokładnie tydzień temu o tej porze też byłam jeszcze w ciąży.. 

Drugiej ciąży, ponieważ mam już 14sto miesiecznego synka i tylko on mnie trzyma przy życiu po tym co przeszłam. Zaczęło się 6tyg temu gdy ból i krwawienie poslaly mnie do szpitala "na własnych nogach". Mam szpital 5 minut piechotą od domu. Kiedy dostałam krwotoku z szoku poszłam do niego na piechotę. Cała noc stresu ponieważ była już późna noc a w szpitalu kiepski lekarz na dyżurze i nie dowiedziałam się nic.
 
Dostałam zastrzyk , słowa będzie dobrze musi Pani leżeć, uspokoić się i spróbować zasnąć. Tylko ja pytałam JAK?! skoro krwawienie dalej nie ustalo. Cała noc była dla mnie udręką płakałam i na zmianę uspokajalam się bo wiedziałam że muszę. Diagnoza przyszła dopiero po porannym obchodzie gdzie dostałam masę leków i zlecone badania. Odkleilo się łożysko w nieznacznym stopniu, powstał krwiak ale będzie dobrze. Krwiak się wchłonie łożysko przyklei. I faktycznie tak było do zeszłej niedzieli wszystko było dobrze. Baa w niedzielę rano byłam na prywatnym bardzo szczegółowym USG za które zapłaciłam 380zl! Nie wyszli nic niepokojącego. Ciąża super, dzidzia zdrowa. Podkreślę że był to już początek 20tygodnia. Wszystko super ale ja czułam nadal że coś jest nie tak, źle się czułam ciśnienie mi skakalo.. zaczęłam sobie wmawiać że to przez ta traumę sprzed 6tygodni przecież widziałam wszystko na USG ruchy prawidłowe, serduszko bilo, po krwiaku ani śladu... 
 
O godzinie 21 dostałam skurczy. Będąc rok po porodzie wiedziałam przecież jak je zdiagnozować. Podwojna dawka nospy która miałam zleconą jak i magnezu nic nie pomogła. Mąż uspokajal że może tak musi być i zaraz przejdzie. Wiedziałam że tak nie może być. Postanowiłam wziąć prysznic a po nim wybrać się do szpitala. Skurcze były tak silne że ledwo stałam na nogach. Umówiłam się z mężem że zapukam w drzwi po prysznicu by pomógł mi się wytrzeć. Nie chciałam krzyczeć ponieważ w pokoju obok nasz synek już spal. Ledwo zdążyłam wejsc pod ten nieszczesny prysznic i chlusnely mi wody. Nie odeszły .. chlusnely. Pojawiła się krew, dużo krwi a ja już wiedziałam że to koniec.. Ledwo zapukalam w drzwi mąż wszedl i zatoczyl się jakby miał zaraz zemdlec. Nie zdziwiłbym się gdyby to zrobił po tym co zobaczył. Dzwoniąc po karetkę nie był w stanie wytłumaczyć sytuacji. Ja dziwnie spokojna i opanowana przejelam telefon i zaczęłam wszystko streszczać. Czekając na karetkę mąż pomogl mi wyjsc, powycieral mnie, pomógł ubrac, spakowac najpotrzebniejsze rzeczy głównie dokumenty i na pół lezaco czekałam na karetkę. Pani z pogotowia pocieszenia mnie że miała już z takimi przypadkami do czynienia i że wszystko będzie dobrze, ale w momencie kiedy to mówiła nie wiedziała że zaczął się krwotok... w szpitalu miał dyżur mój lekarz prowadzący na moje szczęście lub nie. Zajął się mną szybko ale diagnoza i dalsza wizja możliwości była straszna. Odeszły wody, krwotok był objawem odklejajacego się łożyska już na całej linii.
 
Byłam przykuta do łóżka nie miałam możliwość najmniejszego ruchu. Czekaliśmy aż krwotok się zmniejszy. I zaczynając od najlepszych scenariuszy. Pierwszy, łożysko miało się przykleić, krwawienie zmniejszyć, wody uzupełnić samoistnie i wszystko skonczylo by sie dobrze. Drugi wariant, miałam dziecko urodzić naturalnie po czym patrzeć jak na moich rękach umiera. Czy dobry wariant? Dla mojego ciala najlepszy dla psychiki najgorszy. Trzeci wariant, który właśnie u mnie wystąpił to poród/poronienie dziecka pod narkoza. Czwarty wariant, cesarka przy której zostałabym pozbawiona wszystkich narządów rodnych i już nigdy nie mogła mieć dzieci. Brakowało niewiele a właśnie tak by się stało. Dostałam drgawek, wysokiej temperatury, krwotok się zwiększył,  tracilam przytomność. W mgnieniu oka zostałam przewiezione na salę operacyjną i uspiona. Data porodu: 1 lipca godzina 23:55. Zarówno data narodzin jak i zgonu. Mój drugi synek został jednym z aniołków i patrzy teraz na mnie cierpiaca z góry. Powiecie że to nic, ze jestem w lepszej sytuacji ponieważ już jedno dziecko mam. Ale nigdy nie zrozumiecie że przeżywam to równie mocno jak każda inna matka która straciła dziecko ponieważ jak każda mogłam zrobic więcej. Po incydencie z lozyskiem miałam zalecenia. Nie dźwigać, odpoczywać, nie stresować się. Gdybym jednak leżała więcej lub całkowicie leżała całymi dniami i nocami, gdybym odcięła od siebie pół rodziny która narażala mnie na stres .. może w tedy mój kochany synek przetrwalby, urodzilby się w tedy kiedy powinien..
 
Mój mąż został poinformowany przez mnie, pomimo iż prosiłam by do niego zadzwonić, smsem: "Straciłam naszego drugiego synka. Przepraszam." 
 
Opiekujaca się mną pielegniarka była łaskawa powiedzieć mi płeć maluszka ponieważ jeszcze jej nie znaliśmy. Opiekowała się mną cała noc i była obecna przy "zabiegu".
 
Emocje jakie się we mnie klebia są okropne. Niby mam w około siebie rodzine która gotowa jest pomoc ale tak na prawdę jestem sama. Mam męża który razem ze mną przeżył okropny dramat widzial rzeczy których mężczyzna by nie zniósł, ale nagle stał się przesadnie troskliwy i czuły i tylko czekam kiedy to minie. Mam synka którego kocham nad życie staram się skupiać na nim cała swoją uwagę ale momentami widzę drugiego straconego synka obok niego. Siedzą i bawia się razem. Wiem że ta wizja juz się nie spełni. Na święta mieliśmy być już w czwórkę a bedziemy w trójkę. Już nic nie będzie takie samo nawet jeżeli uda nam się, mi sie uda, żyć normalnie nic nie zapełni tej dziury która powstała we mnie w momencie kiedy straciłam dwoje drugie dziecko. Sliczni chłopcy, rodzeństwo rok po roku... zadne slowy zadne czyny nie sa w stanie pomoc matce po stracie. Nawet jeżeli się podniesie minie czas zacznie żyć nic już nie bedzie takie samo. Piętno będzie ciazyc pustka zostanie a wszystko będziemy przeżywać od nowa np. w momencie gdy uda nam się zajsc w kolejna ciąża i przez cały okres jej trwania będziemy się tylko bać powtórki..
 
Traktuje ten list do Was jak terapie która ma mi pomóc przez to przejść. To jedyna okazja by anonimowo wyrzucić z siebie to co we mnie zalega by choć na chwilę ukoić rany. 
 
"Kochany synku wiedz że kochałam Cię bezwarunkowo mimo iż widziałam Cię tylko na ekranie USG. Wierz mi że gdybym mogla cofnac czas zrobilabym wszystko bys urodzil sie caly i zdrowy i mogl zobaczyć mnie, swoją mamusie, tatusia, braciszka i tworzyć z nami jedna wielka szczesliwa rodzine. Wierzę że był jakiś powód dla ktorego odszedles. Wiedz aniolku że mamusia zawsze będzie o tobie pamiętać" 
 
Nieustannie czekamy na Wasze listy pod adresem: redakcja@supermamy.pl
 
AK

Inne w tej kategorii:

Komentarze (0)

Pozostaw pole puste, aby dodać komentarz jako anonim.

Opcjonalnie

Wpisz wynik równania, aby dodać komentarz