Staś urodził się i nie oddychał. Lekarz odbierał poród... przez telefon

Czułam jak rozrywają mi mięśnie, bo jeszcze nie zdążyłam usnąć – wspomina mama Stasia.

noworodek reanimacja

To był czwarty w życiu poród 30-letniej Marty Długosz ze Skierniewic. Nic nie zapowiadało, że zakończy się komplikacjami.

Wszystkie badania podczas ciąży robiłam na czas. Synek miał być okazem zdrowia – opowiada kobieta.

Rodzice zaplanowali, że Staś urodzi się w Żyrardowie, gdzie mama miała prywatną opiekę lekarza. Niespodziewanie zaczęła mieć jednak silne bóle, a potem odeszły jej wody. Nie było czasu, by jechać do Żyrardowa, została więc dowieziona do szpitala w Skierniewicach, który był znacznie bliżej.

Lekarz z trzydziestoletnim stażem przyszedł tylko na kilka minut. Skierował rodzącą na salę operacyjną, zalecił podłączenie do KTG, czyli urządzenia monitorującego ruchy płodu i napięcie macicy. Kazał prowadzić obserwacje, po czym  zniknął, mimo że od początku był zły zapis tętna płodu. W szpitalu już się nie pojawił. Tymczasem rozpoczęła się akacja porodowa.

- Gryzłam łóżko z bólu, a oni mówili że to jeszcze nie teraz, że nie mam skurczy porodowych – wspomina Marta.

Lekarz nie przebywał w tym czasie w szpitalu, gdyż załatwiał swoje osobiste sprawy. O tym, co dzieje się z rodzącą, dowiadywał się od położnej przez telefon. W tym czasie mały Staś dusił się, a niedotlenienie coraz bardziej uszkadzało jego mózg.

 

Komentarze (0)

Pozostaw pole puste, aby dodać komentarz jako anonim.

Opcjonalnie

Wpisz wynik równania, aby dodać komentarz