Komu przeszkadzają dzieci na weselu?

Obecność dzieci na weselach to niekończąca się historia. Czy warto zabierać maluchy ze sobą?

wesele

Pierwszy taniec, emocje, falująca suknia, każdy szczegół zaplanowany, nic nie może pójść nie tak. No chyba że akurat na parę młodą spadną balony albo – co gorsza – confetti i stado małych dzieci postanowi rzucić się na nie, bo a nuż zabraknie! Taniec, który kończy się porażką, mamuśki wypychające się do pierwszego rządu, nagrywające wyłącznie swoje dzieci i konsternacja panny młodej, która nie wie, jak się ukłonić, żeby nie nadepnąć któregoś z małolatów. To niestety częsty weselny obrazek. Znacie go, prawda?

Czy dzieci na weselu do dobry pomysł?

Trudno odpowiedzieć na to pytanie, bo dzieci są różne, zupełnie jak ich mamy i nie ma na to pytanie jednoznacznej odpowiedzi – wszystko zależy od okoliczności.

Jeśli młodzi nie życzą sobie obecności dzieci, to nie ma co się upierać – jak nie, to nie. Jeśli para młoda nie życzy sobie dzieci podczas swojego wesela, warto to uszanować i nie wściekać się, że to brak szacunku. O weselu zawiadamia się dużo wcześniej i na pewno uda Ci się zorganizować kogoś, kto przypilnuje Twojego dziecka. Niestety wielu rodziców nie potrafi upilnować swoich dzieci już w kościele, nie wspominając nawet o tym, co się dzieje na sali. Wchodzi tu niestety w grę odpowiedzialność zbiorowa, ale pewnie sama niejednokrotnie napatrzyłaś się na porozrzucane ciasta, rozwalone słodycze i dzieci, które kąpią się w fontannie czekoladowej, podczas gdy inni mieliby ochotę tylko zamoczyć w niej truskawkę.

I piszę to z perspektywy osoby, która ciągała swoje niespełna półtoraroczne dziecko na kilka wesel, ale…

Niestety, ale dzieci na weselach często się męczą, a rodzice jakby nie chcieli zwracać na to uwagi. Pamiętam scenkę z wesela koleżanki – już na ślubie 7-miesięczna dziewczynka dawała o sobie znać. Moja koleżanka wspomina, że nie umiała skupić się na tym, co mówił ksiądz. Początek wesela był przyjemny – mała siedziała u mamy na kolanach i zajadała się piersią, podczas gdy obiad mamy robił się coraz zimniejszy. Już około 19:00 rodzice dziewczynki byli ostro pokłóceni, bo mała nie chciała spać w wózku w słuchawkach (a Ty, droga Mamo, byś chciała?), a w samochodzie ktoś musiał jej nieustannie pilnować, w efekcie czego jeden rodzic się bawił, a drugi stał na warcie i tak do północy – potem rodzice byli już aż tak sfrustrowani, że opuścili przyjęcie.

Starsze dzieci, jak było wspomniane wcześniej, to też często niewypał. Choć tu już wiele zależy od wychowania – widziałam dzieci, które potrafią nawet grzecznie siedzieć przy stole, a widziałam też dzieci, które nade wszystko cenią sobie uprzykrzanie czasu innym. Póki bawią się balonami, póki tańczą, póki nie rzucają kotletem, a nawet póki biegają po schodach – jest to do zniesienia. Jak tylko zaczną się cyrki, należy zabrać je z przyjęcia. A cyrki to nie tylko rzucanie się na ziemię i tupanie nogami przez pół godziny. Cyrk to też wchodzenie pannie młodej pod sukienkę, a także przeszkadzanie innym w czasie tańczenia. Złoty środek? Szacunek.

Komentarze (0)

Pozostaw pole puste, aby dodać komentarz jako anonim.

Opcjonalnie

Wpisz wynik równania, aby dodać komentarz