List: Wbrew pozorom bardzo szczęśliwa historia

Mama mogła osierocić dziecko, na które czekała tyle lat.

Chciałam Wam opisać moją historię ku przestrodze. Porusza ona wiele problemów, o których, moim zdaniem, mówi się za rzadko. Do Was należy ocena, czy jest to historia wesoła, czy nie, dla mnie mimo wszystko jest.

W moim życiu, jak w życiu większości kobiet, przyszedł moment, że stwierdziłam "tak chcę dziecko" i od planów przeszłam do czynów. Minął rok i nic. Wizyta u lekarza - diagnoza niedrożne jajowody - leczenie laparoskopia. Ok, wzięłam na klatę, poszłam na zabieg, po zabiegu lekarz tylko rzucił w moją stronę: "ciesz się, że prywatna klinika, bo dobry sprzęt, takie miałaś zrosty, że bym ci jelita starym sprzętem poprzebijał, lewy jajowód się nie nadaje, w prawym stróżka, ty dzieci mieć nie będziesz". Szok, płacz...

Wzięłam się w garść, zmieniłam lekarza, dał nadzieję. Okazało się, że mój dobry jajnik nie działa jak u każdej kobiety na zmianę co cykl, a co 8 cykli. I tak czekałam, jak w końcu ten "dobry" się ruszył, to się okazało, że jajeczka się za szybko degradują i trzeba je podtrzymywać farmakologicznie. Ok , czekałam kolejne 8 cykli. Nadszedł w święta, no z łóżka nie wychodziliśmy ... nie udało się. Odpuściłam, w końcu nie każdy musi być mamą.

Pogodziłam się z tym, miałam wtedy 25 lat, ale gdzieś tam po cichu miałam postanowienie, że jak skończę 30 lat i dalej nic, to może, ale tylko może, zdecyduję sie na in vitro. Skończyłam 29 lat w grudniu a 26 stycznia zrobiłam test, ba 5 testów, wszystkie pozytywne. Niemożliwe! Bez leczenia, bez niczego, a jednak! Oszalałam z radości!

Cała ciąża zagrożona. Trzy pobyty w szpitalu, a to krwawienie, a to skurcze, a to szyjka wygładzona za szybko. Dramat ale nie narzekałam, znosiłam dzielnie. Równiutko co do dnia w 38 tygodniu urodziłam syna, zero komplikacji, zdrowiutki piękny chłopak. Uf, problemy się skończyły!!! Złote dziecko, nie wiem co to noce nie przespanie, nie choruje, cały czas się śmieje. Idealny mój!

Wizyta kontrolna u lekarza kazał odczekać z następnym dzieckiem przynajmniej półtora roku, bo za dużo problemów było w ciąży. Ok, nie ma problemu, zaproponował tabletki, ale odmówiłam, bojąc się, że znowu się "zablokuje", a z drugiej strony niemożliwe, że jak tyle lat nie mogłam, to zaraz poleci następna ciąża. Niemożliwe? Jednak nie... Pierwszą miesiączkę dostałam 4 miesiące po porodzie, ale taką skąpą, potem miesiąc nic i pojawiła się następna, a za dwa tygodnie kolejna. No ok, normuje się wszystko, normalne chyba? Jednak nie. I w tym momencie drogie obecne i przyszłe mamy zapamiętajcie to, co napiszę.

Bolał mnie brzuch jak zwykle przy okresie, no może ciut bardziej. Czułam się normalnie, krwawienie troszkę bardziej obfite, ale tak w granicach rozsądku, żadne krwotoki. Ósmego dnia okresu zabolał mnie brzuch już bardzo po jednej stronie i był bardzo tkliwy w okolicy jajnika. Maż mój się denerwował i kazał jechać do szpitala, ale gdzie tam będę jechać z okresem, jeszcze nie zgłupiałam. Wzięłam tabletkę weszłam do wanny, trochę przeszło i wróciłam do zabawy z półrocznym dzieckiem. Wstałam do łazienki i straciłam przytomność. Maż nie wytrzymał wezwał pogotowie. Ja w tym czasie zasnęłam i obudziła mnie ekipa ratownicza. Poczułam się lepiej i nie chciałam jechać bo dziecko, bo karmię, bo po co. Ale ten mój chłop tak marudził, że dla świętego spokoju pojechałam. W szpitalu zrobili mi USG i lekarz stwierdził, że jest dużo płynu za macicą i pewnie pękła mi cysta, ale dla pewności zrobi serię badań i muszę zostać na oddziale. Nie chętnie, ale zostałam i znowu mnie odcięło, obudziłam się już na wózku inwalidzkim. I wtedy przestraszyłam się nie na żarty. Pielęgniarki położyły mnie do łóżka i chwilę później przyszedł lekarz. I tylko zobaczyłam jego minę i już wiedziałam, że jest źle. Droga pani - zaczął. Ma pani krwotok wewnętrzny, pękła pani ciąża pozamaciczna w jajowodzie, są święta i zbiera się własnie zespół. Jedziemy na stół najszybciej jak się da, musimy szybko ratować pani życie....

CO!!!! Panika, ja mam dziecko półroczne, ja nie mogę umrzeć. NIE MOGĘ. Zebrał się zespół, znieczulenie od pasa w dół, bo ponoć całkowite było zbyt ryzykowne. Przed operacją mówią, że usuwają prawy jajowód. Mój jedyny działający. Tak bardzo prosiłam, żeby spróbowali go uratować, że zgodzili się, ale musiałam wziąć na siebie ryzyko drugiej operacji w razie dalszego krwawienia. Udało się jajowód uratowany i ŻYJĘ.

Ludzie mi współczują straty dziecka, a mnie nawet nie jest smutno, bo ŻYJĘ! Może to źle brzmi, ale tak jest, mogłam osierocić dziecko, na które czekałam tyle lat. Piszę Wam to ku przestrodze i wbrew pozorom to jest bardzo szczęśliwa historia...

 

Komentarze (0)

Pozostaw pole puste, aby dodać komentarz jako anonim.

Opcjonalnie

Wpisz wynik równania, aby dodać komentarz